Polskie Towarzystwo Ochrony Przyrody „Salamandra”
 


Węgorz – tajemniczy mieszkaniec naszych wód

Czy istnieje ryba, która jest bardziej zagadkowa niż węgorz? Mimo wysiłku wielu naukowców, nadal niewiele o nim wiadomo. Niestety gatunek ten szybko zbliża się do granicy zagłady, więc możemy nie zdążyć poznać go do końca...


Fot. Andrzej Kepel

Węgorz europejski (Anguilla anguilla) należy do rzędu ryb niedopłetwych, potocznie nazywanych węgorzokształtnymi (Anguilliformes), do którego na świecie zalicza się aż 150 gatunków, zgrupowanych w 24 rodzinach. Wszystkie węgorzokształtne charakteryzują się dużą liczbą kręgów (w przypadku węgorza europejskiego ich liczba wynosi od 111 do 119), całkowitym brakiem żeber, brakiem płetw brzusznych oraz wyjątkowym połączeniem płetw nieparzystych, tzn. ogonowej, odbytowej i grzbietowej, które tworzą jeden duży, zwarty i nieco spłaszczony płat ciała. To właśnie dzięki opasującej całe ciało jednej płetwie – poruszanej za pomocą skurczy mięśni tułowia, zaczynających się od głowy, a kończących na ogonie – ryba porusza się płynnym, falującym ruchem. Taki sposób przemieszczania jest bardzo ekonomiczny – wymaga nawet o 20% mniej energii niż metody wykorzystywane przez inne gatunki ryb. Dzięki temu węgorz jest doskonale przystosowany do pokonywania bardzo dużych odległości w drodze na tarliska. Kształt oraz budowa szkieletu gwarantują mu gibkość przy poruszaniu się wśród gęstej roślinności podwodnej, a także przy zakopywaniu się w piaszczystym lub mulistym dnie.

W bardzo grubej, wielowarstwowej skórze węgorza znajdują się specjalne komórki, stale pokrywające powierzchnię ryby warstwą śluzu. Śluz zmniejsza tarcie podczas pływania i pokonywania przeszkód, a także zabezpiecza węgorza przed urazami mechanicznymi, pasożytami i mikroorganizmami chorobotwórczymi. Obficie pokryta nim skóra dobrze też chroni ciało ryby przed niekorzystnymi czynnikami środowiska, a także stanowi wystarczającą zaporę osmotyczną w warunkach zmiennego zasolenia. W skórze znajdują się też słabo rozwinięte łuski długości 2–2,5 mm. Warto też podkreślić znaczenie skóry przy tzw. wymianie gazowej. Dyfuzja tlenu odbywa się przez nią zarówno w wodzie, jak i poza nią. Węgorz europejski pokrywa tą drogą do 50% wszystkich swoich potrzeb tlenowych.

Rybi nos

Węgorz zaliczany jest do najdoskonalszych „węchowców” wśród ryb. Nozdrza węgorza mają kształt wydłużonej rurki, której przedni otwór wybiega przed górną szczękę, tylny zaś położony jest tuż przed okiem. Na wewnętrznych ścianach rurki znajduje się wiele ukośnych fałdów w formie żeberek, które znacząco zwiększają powierzchnię nozdrzy. Fałdy węchowe wyposażone są w nabłonek migawkowy, którego rzęski wprawiają w ruch wodę w jamie nosowej. Dzięki temu ryba leżąc nieruchomo na dnie, nawet w wodzie stojącej, perfekcyjnie wyczuwa smużące się w niej ślady zapachowe. Potrafi wyczuć zapach substancji rozpuszczonej w proporcjach 1 cm3 na ok. 300 milionów m3wody. Posiadając tak nieprzeciętne zdolności, może bez trudu unikać drapieżników, odnajdywać drogę oraz wyszukiwać nawet najdrobniejsze ofiary ukryte wśród gęstej roślinności lub kamieni.


Smukłe węgorze bardziej przypominają swoim wyglądem węże niż ryby, i jak gady wśród traw, tak i one przemykają niepostrzeżenie wśród roślinności wodnej

Smukłe węgorze bardziej przypominają swoim wyglądem węże niż ryby, i jak gady wśród traw, tak i one przemykają niepostrzeżenie wśród roślinności wodnej
Fot. Maciej Tomaszewski


Węgorz europejski jest wędrowną rybą dwuśrodowiskową, która żyje w wodach słodkich, a na okres tarła płynie do morza (ryba katadromiczna). Po ok. 8–10 latach pobytu w rzekach, jeziorach, stawach i gliniankach, wiosną, zaraz po ustąpieniu lodów, rozpoczyna się tzw. ciąg tarłowy, który trwa do jesieni. Jest to najdłuższa znana nauce wędrówka na tarliska dokonywana przez ryby. Osiągając dojrzałość płciową, węgorz przyjmuje specyficzną szatę. Jego dotychczasowe oliwkowo-żółtozłote ubarwienie ciała zmienia się na srebrzystostalowe, wydłuża się głowa, a oczy znacznie powiększają i stają się bardziej wypukłe. Zachodzące zmiany przygotowują węgorza do przebywania na znacznych głębokościach w drodze do miejsca rozrodu. Ruszające na tarło węgorze są w doskonałej formie i szczytowej fazie rozwoju biologicznego. Ich nadzwyczaj dobrze umięśnione ciała mają odpowiedni zapas wysokoenergetycznego tłuszczu, który stanowi paliwo na długą wędrówkę do Morza Sargassowego.

Wędrówka węgorza europejskiego z Polski na tarlisko trwa od 180 do 250 dni, w trakcie których ryba musi pokonać dystans bez mała 8 tys. km. Osobniki zamieszkujące zbiorniki bezodpływowe mogą czasami pokonywać pewne odcinki, dzielące je od rzeki, lądem. Wykorzystują w tym celu wilgotne i deszczowe noce.

W morzu węgorze płyną wzdłuż wybrzeża na zachód. Przez cieśniny duńskie dostają się do Morza Północnego, gdzie schodzą na dużą głębokość i przez Ocean Atlantycki podążają na miejsce tarła. Tu na głębokości 4000–6000 m (niektóre źródła podają 1000–2000 m) dorosłe węgorze odbywają tarło, z którego już nigdy nie powracają.

Miłośnik burz

Na wędrówkę węgorzy istotny wpływ mają warunki atmosferyczne i hydrologiczne, a także fazy księżyca (w morzu bardzo pobudzająco na wędrówkę węgorzy wpływają wszelkiego rodzaju wstrząsy tektoniczne). Ciąg tarłowy przyspieszają parne, ciepłe, burzowe noce i podwyższony stan wód. Wzmożoną ruchliwość ryb obserwuje się również zawsze 3–4 dni po pełni księżyca, a stagnację lub całkowite zaprzestanie wędrówki 8–10 dni po pełni. Największe nasilenie ciągów w Morzu Bałtyckim wzdłuż polskiego wybrzeża obserwuje się zawsze od września do listopada, z trzema okresami nasilenia między pełnią a nowiem.

Nigdy jeszcze nie udało się zaobserwować samego aktu tarła węgorzy i do dziś wszystkie informacje na ten temat oparte są wyłącznie na podstawie połowów larw. Węgorze trą się między marcem a czerwcem. Zapłodniona ikra, a później wyklute z niej larwy, które mają długość ok. 3 mm i kształtem przypominają wierzbowy listek, unoszą się w wyższe partie wody. Na tym etapie rozwoju noszą nazwę leptocephalus. Ponieważ nie przypominają jeszcze dorosłych osobników, w połowie XIX wieku pomyłkowo zostały opisane jako zupełnie odrębny gatunek ryb – Leptocephalus brevirostris. Larwy dostają się w oddziaływanie antylskiego prądu morskiego zwanego Prądem Zatokowym (Golfstromem) i wraz z nim podejmują trwającą trzy lata wędrówkę ku wybrzeżom Europy. Drugi prąd – florydzki – niesie larwy węgorza amerykańskiego (Anguilla rostrata), który również odbywa tarło w Morzu Sargassowym.

Europejski to jednak nie amerykański

Wg jednej z teorii, europejskie węgorze nigdy nie docierają do tarliska i giną gdzieś w głębinach. Do Morza Sargassowego docierają jedynie węgorze amerykańskie. Te z ich larw, które porwie prąd florydzki – trafiają do Ameryki, a inne, wraz z Golfstromem, trafiają do brzegów starego świata. Jednak w ostatnich latach badania genetycznie potwierdziły odrębność tych dwóch gatunków. Stwierdzono również różnice w liczbie kręgów, długości płetw, a nawet rozmieszczeniu zębów.

Dzięki opasającej całe ciało jednej płetwie węgorz porusza się płynnym, falującym ruchem

Dzięki opasającej całe ciało jednej płetwie węgorz porusza się płynnym, falującym ruchem
Fot. Andrzej Kasiński (Martin)

W ciągu nocy larwy przebywają tuż pod powierzchnią wody, natomiast w dzień schodzą na dużą głębokość. Po upływie trzech lat, kiedy larwy mają długość ok. 7 cm, płynąc na głębokości ok. 1000 m osiągają krawędź szelfu kontynentu europejskiego. W ciągu ok. 24 godzin listkowate larwy przeobrażają się w małe węgorzokształtne rybki zwane szklistymi (montée). Nadal różnią się od dorosłych osobników, ponieważ nie mają właściwego pigmentu (z wyjątkiem oczu) i są przezroczyste. Mają długość ok. 6 cm, są więc mniejsze od larw w stadium leptocephalus. Poruszają się z prędkością ok. 8 km na dzień.

Gdy znajdują się już w pobliżu ujść rzek, zatrzymują się tam na pewien czas, by dostosować swoją przemianę materii do wód słodkich, po czym zaczynają wędrować w górę rzek. Węgorze montée potrzebują różnego czasu na dopłynięcie do poszczególnych rzek w Europie. Najwcześniej, bo już w październiku, obserwowane są w rzekach atlantyckiego wybrzeża Wysp Brytyjskich, Hiszpanii i Francji (tu również odnotowuje się największą liczbę wędrującego narybku). W lutym węgorze zaczynają wpływać w rzeki uchodzące do Morza Północnego, a w maju pokazują się w ujściach rzek kończących swój bieg w Morzu Bałtyckim. Im rzeka położona jest dalej na wschód, tym mniej dociera do niej węgorzy.

To, do jakich rzek trafiają poszczególne osobniki narybku węgorzy, uzależnione jest od siły nurtu oraz warunków atmosferycznych, dlatego w poszczególnych latach zmienia się liczba wędrujących w górę rzek ryb z tego gatunku.

Ryba niebezpieczna

Surowica krwi węgorza zawiera ichtiotoksynę, truciznę zbliżoną swoim działaniem do jadu węża. U ssaków powoduje ona skurcze mięśni, paraliżuje czynność serca i płuc, prowadzi do rozkładu czerwonych krwinek i zmniejsza krzepliwość krwi. Podgrzana do temperatury 58°C, traci swoje trujące właściwości i podlega rozkładowi.

W wielu rzekach wpadających do Oceanu Atlantyckiego liczba wstępujących węgorzy szklistych dochodzi do milionów osobników, które płyną pod prąd szerokim na kilka metrów i długim na kilka kilometrów pasmem. W tej fazie ryby nie pobierają jeszcze pokarmu, tracąc na wadze oraz wielkości ciała. Dopiero podczas wędrówki w górę rzeki stopniowo nabierają barwy (żółtej), a po wytworzeniu pigmentów zaczynają się odżywiać.

Wstępujące węgorze płyną najczęściej płytką wodą blisko brzegu. W pobliże powierzchni podpływają tylko nocą, w ciągu dnia chronią się w głębszych miejscach. Te kruche i delikatne zwierzęta potrafią jednak pokonywać bystrzyny dużych i rwących rzek, a nawet wodospady. Robią to gromadząc się w warstwy, które ułatwiają wspięcie się w górę następnym rybom i wykorzystują do tego celu wszelkie nierówności, chropowatości i szczeliny. Do pokonania nawet największej przeszkody węgorzom wystarcza ledwo zwilżająca ją odrobina wody.

Zasięg wędrówki jest u obu płci inny. Samce pozostają najczęściej w pobliżu ujścia rzeki, a samice wędrują dużo dalej, nierzadko na odległość 1000 km od morza (szacuje się jednak, że ok. 80% węgorzy w ogóle nie wypływa z Bałtyku do rzek, tylko pędzi życie w mało słonych wodach tego morza).

Węgorze zasiedlają najprzeróżniejsze rodzaje wód. Zazwyczaj preferują jednak wody ciepłe, tj. jeziora i szybko nagrzewające się rzeki. Kiedy ryba znajdzie już odpowiednie miejsce, przestaje wędrować i staje się typową rybą stanowiskową, która przemieszcza się tylko w czasie żerowania. Odbywa jednak regularne, sezonowe wędrówki między zimowiskiem a żerowiskiem, których zasięg w rzece może dochodzić do ok. 60 km.

W zależności od zasobów pokarmowych, stadium wzrostu węgorzy trwa dla samców od 5 do 8 lat, a dla samic do 12 lat. Jednak w niewoli, gdy nie mogą ruszyć w podróż ku tarliskom, mogą żyć kilkadziesiąt lat (obecnie znany rekord wynosi 84 lata). Dorosłe samce węgorzy z reguły nie przekraczają 50–60 cm długości i masy 200–350 g, natomiast samice osiągają maksymalnie długość do 200 cm i masę do 9 kg. Największy dotychczas odłowiony węgorz w Polsce mierzył 144 cm i ważył 6,43 kg.

Podchowalnie

Młode węgorze w podchowalni – rybom stwarza się tu optymalne warunki do przetrwania pierwszego, najtrudniejszego okresu w wodzie słodkiej

Młode węgorze w podchowalni – rybom stwarza się tu optymalne warunki do przetrwania pierwszego, najtrudniejszego okresu w wodzie słodkiej
Fot. Robert Stabiński

W Polsce liczba węgorzy przepływających samodzielnie przez Morze Bałtyckie do wód śródlądowych od wielu już lat jest mała, toteż wobec stale rosnącego zapotrzebowania na ich wysoko cenione z kulinarnego punktu widzenia mięso, zarybia się nasze wody młodymi węgorzykami sprowadzanymi z krajów Unii Europejskiej. Jeziora Warmii, Mazur, Kujaw i Pomorza zarybiane są węgorzem montée od ok. 35 lat. Na początku większość z nich ginęła już w pierwszych tygodniach po zarybieniu (śmiertelność dochodziła do 90%, głównie z powodu braku pożywienia i niskiej temperatury wody). Aby temu zaradzić, w krajach UE powstały specjalne podchowalnie, w których stworzono rybom optymalne warunki do przetrwania pierwszego, najtrudniejszego okresu w wodzie słodkiej. Dopiero po kilku miesiącach wypuszcza się je do jezior. W Polsce pierwsza taka podchowalnia powstała w 1998 roku przy Przedsiębiorstwie Rybackim w Rucianem–Nidzie na Mazurach.

W ciągu ostatnich lat dramatycznie zmniejszyła się liczba młodych węgorzy wpływających do słodkich wód Europy. Obecnie udaje się odłowić zaledwie ok. 1% tych ilości montée, które łowiono w latach 70. Ten bardzo niekorzystny trend wywołał publiczną dyskusję i reakcję na całym świecie. Na poświęconym węgorzowi międzynarodowym sympozjum ichtiologicznym w Quebec zaapelowano o natychmiastowy ratunek dla tego gatunku.

Sporym zagrożeniem dla tych ryb jest zanieczyszczenie wód i przegradzanie szlaków wodnych, co może stanowić dla węgorzy przeszkodę nie do pokonania. Jednak najważniejszą przyczyną spadku liczebności węgorzy w Europie jest przełowienie, do którego doszło u europejskich wybrzeży Oceanu Atlantyckiego (Portugalia, Hiszpania i Francja). Prawdziwy szczyt odłowów węgorza szklistego nastąpił w latach 2001–2004 w ujściu Loary, Garony, Tagu i Sekwany. Tylko w samym ujściu Garony i Loary złowiono 1000 ton, tzn. 3 biliony sztuk małych węgorzyków. Większość z nich przeznaczana jest na rynek azjatycki (Japonia, Chiny, Tajlandia i Tajwan), ale i w Europie znajdują wielu smakoszy (w Hiszpanii przyrządza się je jak frytki). Niestety, spadek populacji szklistego węgorzyka spowodował nie tylko wzrost cen, ale również jeszcze większy popyt na ten luksusowy przysmak. Kilogram takiego narybku kosztuje nawet 1000 euro!

Węgorz europejski w CITES

11 czerwca, podczas Konferencji Stron Konwencji o Międzynarodowym Handlu Dzikimi Zwierzętami i Roślinami Gatunków Zagrożonych Wyginięciem (CITES), przegłosowano włączenie węgorza europejskiego do Załącznika II Konwencji. Propozycja objęcia węgorza europejskiego ochroną w ramach CITES została bardzo dobrze przygotowana przez Szwecję. Podczas Konferencji Stron CITES zgłosiły ją Niemcy w imieniu Unii Europejskiej. Projekt ten był silnie popierany przez obecne na konferencji organizacje pozarządowe – w tym przez Polskie Towarzystwo Ochrony Przyrody „Salamandra”, które prowadziło w tej sprawie w Hadze kampanię informacyjną. Ostatecznie za włączeniem węgorza do Załącznika II CITES wypowiedziało się ponad 90% reprezentowanych na Konferencji państw. Przeciwko oddano zaledwie kilka głosów – zrobiły to m.in. Chiny, które są największym importerem europejskich węgorzy do celów spożywczych.

Wędzony węgorz to przysmak ceniony w wielu krajach, także w Polsce

Wędzony węgorz to przysmak ceniony w wielu krajach, także w Polsce
Fot. Adriana Bogdanowska

Przy takich cenach nic dziwnego, że od 2001 roku liczebność średniego i dużego węgorza w Polsce systematycznie maleje. W roku 2001 wpuszczano do naszych jezior średnio 300 osobników/ hektar, w 2002 r. już tylko 80 os./ha, w 2003 r. 30 os./ha, a w 2004 r. nie wpuszczono nic. Tymczasem węgorz jest potrzebny w wodach Polski, ponieważ pełni rolę regulacyjną – jest np. ważnym selekcjonerem ryb z rodziny karpiowatych. Dlatego zarybianie nim jest nie tylko formą wspomagania zagrożonego gatunku, ale również jest korzystne dla środowiska. Być może dzięki ostatnim decyzjom o objęciu węgorza ochroną CITES i podejmowanym programom ochronnym i zarybieniowym uda się go przywrócić do naszych wód, ale na ewentualne skutki tych działań przyjdzie nam poczekać co najmniej kilkanaście lat.

Przemysław Miller


Pogromca żab

Spotkania z wężami budzą w nas zawsze wiele emocji. Zdarza się, że niekiedy pamiętamy je całe życie. Jest w wężach jakaś siła, która powoduje, że z jednej strony nas fascynują, z drugiej zaś odczuwamy przed nimi respekt czy nawet strach. Są w naszej świadomości elementem najdzikszej przyrody, tej niedostępnej, tajemniczej, nieposkromionej, i na swój sposób bardzo nam odległej.

Ubarwienie wierzchniej strony ciała zaskrońca bywa dość zmiennie – od oliwkowozielonego do stalowoszarego, z niewielkimi ciemnymi plamkami

Ubarwienie wierzchniej strony ciała zaskrońca bywa dość zmiennie – od oliwkowozielonego do stalowoszarego, z niewielkimi ciemnymi plamkami
Fot. Piotr Zabłocki

Aż trudno dziś uwierzyć, że jakiś wąż mógł być kiedyś uważany za symbol szczęścia. A tak właśnie było w przypadku zaskrońca zwyczajnego (Natrix natrix), który w wielu rejonach Polski był elementem codziennego życia mieszkańców. Nie tylko zamieszkiwał za ich przyzwoleniem zagrody, ale cieszył się ogólną sympatią i szacunkiem. Jednym ze zwyczajów ludowych było nawet wystawianie na noc miseczki z mlekiem, w pobliżu zabudowań, gdzie był widywany. Poczęstunek zwykle bardzo szybko znikał, choć jest pewne, że nie w żołądku węża (o jego preferencjach pokarmowych dowiemy się z dalszej części artykułu).

Jednak to nie troskliwa opieka ludzi sprawiła, że zaskroniec przebywał i wciąż przebywa w pobliżu naszych siedzib. To gromadzone przez nas sterty liści, nawozu, gałęzi, trocin, siana, obornika czy kompostu służą mu jako miejsca składania jaj. Niegdyś bywał bardzo częstym gościem w piwnicach, stajniach czy oborach. Niestety, stare wierzenia ludowe odeszły w niepamięć, a wraz z nimi nasza sympatia do zaskrońca. Na szczęście gatunek ten wciąż żyje obok nas, choć raczej w ukryciu.

Taki widok może zniechęcić napastnika – udawanie martwego jest jednym z zachowań obronnych zaskrońca

Taki widok może zniechęcić napastnika - udawanie martwego jest jednym z zachowań obronnych zaskrońca
Fot. Hans Peter Eckstein

Nie trzeba przeprowadzać badań statystycznych, żeby stwierdzić, że jeśli przeciętny Polak spotkał w swoim życiu węża, to był nim najprawdopodobniej zaskroniec. Jest to gatunek najpospolitszy i najliczniejszy spośród krajowych węży. Na dodatek prowadzi on ewidentnie dzienny tryb życia, więc spotkanie go jest stosunkowo łatwe. Jednak to, że statystyczny Polak mógł widzieć zaskrońca, wcale nie oznacza, że był świadomy tego, co widział... bo i statystycznie nasza znajomość gatunków gadów jest kiepska. Obserwacje węży stwarzają zazwyczaj sporo kłopotów „technicznych”, związanych z dynamizmem sytuacji czy warunkami terenowymi, a na dodatek obarczone są subiektywnymi błędami związanymi z wysokim poziomem adrenaliny, towarzyszącym tym spotkaniom. W praktyce okazuje się, że nie jesteśmy w stanie przypomnieć sobie cech zewnętrznych, aby przypisać je konkretnemu gatunkowi. Nie pomaga też gorączkowe wertowanie atlasów ze zdjęciami i rysunkami gadów, zaraz po powrocie z wycieczki.

W przypadku zaskrońca jest jednak pewna cecha, którą łatwo zapamiętać na zasadzie prostego skojarzenia. Nazwa „zaskroniec” pochodzi od jasnych plam znajdujących się za „skroniami” tego węża. Półksiężycowate plamy w tylnej części głowy, w kolorze intensywnej żółci, przechodzące w kierunku żuchwy, zazwyczaj silnie kontrastują z dominującą w ubarwieniu reszty głowy czernią. Warto też zwrócić uwagę na oko – jest wyraziste, dość duże i z okrągłą źrenicą. Pozostałe cechy, takie jak barwa czy długość, są raczej subiektywne, często zależne od oświetlenia i warunków obserwacji. Warto jednak o nich pamiętać, zwłaszcza jeśli nie mieliśmy okazji dokładniej przyjrzeć się głowie; mogą też pomóc wyeliminować jakieś wątpliwości.

Szerokie liście roślin wodnych są bezpiecznym miejscem odpoczynku. A przy okazji może wskoczy tu jakaś żabka?

Szerokie liście roślin wodnych są bezpiecznym miejscem odpoczynku. A przy okazji może wskoczy tu jakaś żabka?
Fot. Tomasz Stępień

Ubarwienie reszty ciała bywa dość zmiennie – od oliwkowozielonego do stalowoszarego. Na stronie grzbietowej zazwyczaj występują niewielkie, mniej lub bardziej regularne, ciemne plamki. Bardzo rzadko spotyka się formy melanistyczne – całkowicie czarne. U nich nie znajdziemy żółtych plam „zaskroniowych”. Strona brzuszna jest bladokremowa z regularnymi, prostokątnymi, ciemnymi plamami, których intensywność barwy i powierzchnia wyraźnie się zwiększają w kierunku ogona.

Ciało zaskrońca jest smukłe, ze stosunkowo długim ogonem. Głowa nie jest wyraźnie wyodrębniona, tak jak np. u żmii. Nie ma też, tak jak u niej, trójkątnego kształtu. Bez schwytania i przyłożenia miarki, trudno jest ocenić na oko długość węża (zresztą z miarką też nie jest łatwo). W przypadku zaskrońca rzadko się spotyka osobniki dłuższe niż 100 cm. Maksymalne długości spotykanych osobników oscylują w okolicach 85 cm. Samice są dłuższe od samców. Można przyjąć, że ogon stanowi ok. 1/5 długości całego ciała.

Zaskroniec odżywia się głównie płazami. Nie jest wybredny – w jego diecie dominują te gatunki, których jest aktualnie najwięcej w okolicy. Nie stroni nawet od ropuch, które ze względu na toksyny produkowane przez skórę, są praktycznie niejadalne dla innych zwierząt. Wyraźnie zaznacza się zależność występowania zaskrońca od miejsc obfitujących w płazy. Nie dziwi więc fakt, że spotykamy go głównie w okolicach stojących bądź wolno płynących wód. Lubi pływać i nurkować. W wodzie jest na tyle sprawny, że część diety z powodzeniem uzupełnia rybami. Niekiedy bywa nawet utrapieniem właścicieli tak modnych ostatnio przydomowych oczek wodnych. Wpuszczane do nich kolorowe, ozdobne rybki, są dla zaskrońców smakowitym daniem na suto zastawionym stole.

Jak wszystkie gady również zaskrońce chętnie korzystają z kąpieli słonecznych

Jak wszystkie gady również zaskrońce chętnie korzystają z kąpieli słonecznych
Fot. Łukasz Krzyżaniak


W polowaniu wąż ten nie wykazuje szczególnie wyszukanych technik. Reaguje na ruch i zapach. Kiedy namierzy ofiarę w wystarczającej odległości, wyrzutem przedniej części ciała uderza w nią otwartym pyskiem. Duża ilość haczykowatych zębów, wyścielających niemal całą powierzchnię jamy gębowej, skutecznie uniemożliwia ofierze wyrwanie się z paszczy. Zaskroniec nie ma możliwości obezwładnienia ofiary jadem, tak jak to robi np. żmija, ani też nie ma zwyczaju dusić jej splotami ciała, jak wąż Eskulapa (Elaphe longissima) czy gniewosz (Coronella austriaca). Cierpliwie czeka, aż ta straci w końcu ochotę do walki, i żywcem połyka ją w całości. Najbardziej skomplikowaną czynnością jest właściwe ułożenie ofiary w pysku – głową lub tylnymi odnóżami w kierunku gardzieli. Jeśli ten etap zostanie z powodzeniem ukończony, samo połykanie trwa krótko.

Drugi żywioł zaskrońca – woda – oferuje mu nie tylko pokarm, ale również schronienie. Zdarza się, że niepokojony szybko wpełza do wody i w pełnym zanurzeniu odpływa na bezpieczną odległość. Po jakimś czasie wynurza się i płynie z wysoko uniesioną głową. Jest to osobliwy widok, zwłaszcza kiedy nie widać na tafli wody wężowych ruchów reszty ciała. Sam, z nieprzymuszonej woli, również chętnie korzysta z umiejętności pływania. Zdarza się, że przepływa nawet na dość odległe wyspy na jeziorach, a z literatury znane są przypadki odławiania zaskrońców na pełnym morzu! Nie jest on jednak typowym wężem wodnym, jak choćby niektóre z blisko spokrewnionych gatunków rodzaju Natrix. Jego związek z wodą jest raczej zależny od typu siedliska, jakie mu przyszło wykorzystywać, i bazy pokarmowej.

Jasnożółte plamy skroniowe są cechą rozpoznawczą zaskrońców

Jasnożółte plamy skroniowe są cechą rozpoznawczą zaskrońców
Fot. Andrzej Głuszek

Na lądzie zaskroniec jest równie sprawny – wśród niskiej roślinności porusza się bezszelestnie i bardzo szybko. Wykorzystuje to zarówno podczas polowania, jak i ewentualnej ucieczki. Ma stosunkowo wielu wrogów naturalnych – sporo drapieżnych ssaków (od jeża poczynając), liczną grupę ptaków drapieżnych, bociany, czaple itp. Wąż ten ma dość ciekawą paletę zachowań obronnych. Jeśli szybka ucieczka zawiedzie, potrafi udawać martwego – nienaturalnie wykręca ciało, pokazując brzuszną stronę, charakterystycznie rozdziawia pysk i wywala na wierzch język. Jeśli widok takiego odrażającego trupa jednak nie zniechęci napastnika, to zaskroniec dodatkowo pozbywa się zawartości gruczołów kloakalnych – białej i cuchnącej substancji. Trudno opisać ten zapach, w każdym razie proszę uwierzyć na słowo – lepiej go unikać. Ciekawostką jest fakt, że z węża można go bez problemu zmyć, natomiast nasze dłonie lub ubranie jeszcze długo cuchną, mimo intensywnych zabiegów higienicznych. W sytuacjach ostatecznych (kiedy odrażający i śmierdzący trup nie przekonuje napastnika) zaskroniec ucieka się do pozorowanego ataku, przypominającego zachowania bardziej agresywnych krewniaków – głośno syczy, charakterystycznie rozpłaszcza głowę, tak aby uzyskać groźniejszy wygląd, i gwałtownymi wyrzutami przedniej części ciała symuluje próbę kąsania – do ugryzienia jednak nie dochodzi, gdyż zwierzę cofa głowę tuż przed samym obiektem ataku. Kolejność i sposób wykorzystania poszczególnych forteli nie musi być taka jak tu opisana – zależy od konkretnej sytuacji.

Jedna samica składa średnio od kilkunastu do ok. 30 jaj. Czasem kilka samic składa jaja w tym samym miejscu.

Jedna samica składa średnio od kilkunastu do ok. 30 jaj. Czasem kilka samic składa jaja w tym samym miejscu.
Fot. Hans Peter Eckstein

Wracając do początku artykułu należy jeszcze wyjaśnić, dlaczego zaskroniec wybiera takie a nie inne miejsca na składanie jaj. Środowisko, w którym żyje, jest ubogie w siedliska, które oferowałyby optymalną i stabilną temperaturę inkubacji jaj. Tak się jednak składa, że procesy gnilne powodują powstawanie ciepła, które jest przyjazne dla zarodków zaskrońca. W stertach liści, siana, kompostu itp., zawsze znajdzie się miejsce, gdzie temperatura jest odpowiednia, a zachodzące procesy chemiczne utrzymują ją na stałym poziomie. Zaskroniec korzysta więc w większej mierze z energii chemicznej niż słonecznej. Takie rozwiązanie jest skuteczne i praktyczne, gdyż uniezależnia go od warunków pogodowych. Instynkt podpowiada samicom, gdzie mają złożyć jaja, i często wiele samic składa je w tym samym miejscu. Jednak zwykle nie robią tego jednocześnie. Choć pora godowa i kopulacja przypada na ten sam okres w roku (kwiecień – maj), to samo zapłodnienie jest kwestią indywidualną i zależy od statusu rozrodczego poszczególnych samic. Mają one możliwość przetrzymywania przez jakiś czas nasienia samca, aż do osiągnięcia owulacji. Tak więc pora składania jaj zależy od terminu owulacji i zapłodnienia, i trwa zazwyczaj od czerwca do sierpnia. Jedna samica składa średnio od kilkunastu do ok. 30 jaj, których inkubacja trwa 7–10 tygodni. Młode, zaraz po wykluciu, zdane są wyłącznie na siebie, mają długość ok. 16–18 cm i ważą zaledwie ok. 3g. Oczywiście cały ten proces poprzedzony jest porą godową, podczas której można obserwować większe lub mniejsze zgrupowania zaskrońców – nawet do kilkudziesięciu osobników. Samice są intensywnie adorowane przez bardziej niż zwykle podenerwowane samce. Pary splatają się i dochodzi do kopulacji, która może trwać nawet kilkadziesiąt minut. Opisywane nieraz przez przypadkowych obserwatorów „kłębowiska węży” są spotykane najczęściej właśnie w okresie godowym zaskrońców. Jest to pora, kiedy węże są dużo mniej ostrożne niż zwykle. Dla nas oznacza to możliwość łatwiejszych i częstszych obserwacji, dla węży zaś zwiększone niebezpieczeństwo.

Świeżo wyklute zaskrońce mają wielu wrogów, m.in. żaby śmieszki i ryby, a także jeże, kuny i wiele gatunków ptaków

Świeżo wyklute zaskrońce mają wielu wrogów, m.in. żaby śmieszki i ryby, a także jeże, kuny i wiele gatunków ptaków
Fot. Hans Peter Eckstein

Choć są w Polsce regiony, gdzie zaskroniec powoli ustępuje – przede wszystkim okolice podlegające silnym przekształceniom, urbanizacji czy intensyfikacji rolnictwa – można uznać, że jego populacja ma się stosunkowo dobrze. Fakt ten bardzo cieszy, zwłaszcza na tle pozostałych gatunków węży. Nie oznacza to jednak, że możemy spać spokojnie. Można przytoczyć liczne przykłady, kiedy gatunki uznawane za pospolite, nagle stawały na krawędzi wymarcia. Stopniowe zanikanie preferowanych przez zaskrońca siedlisk, spowodowane często przez naszą gospodarkę, nie rokuje dobrze temu gatunkowi. Zdrowy rozsądek nakazuje więc cieszyć się widokiem każdego napotkanego zaskrońca, a jednocześnie trzymać rękę na pulsie kondycji jego populacji.


Michał Stopczyński


Czarne duszki lasów

Zdania na temat wyglądu nietoperzy są podzielone, ale chyba najwięcej emocji pod tym względem budzą mopki. Jedni zachwycają się ich urodą, inni wręcz przeciwnie – uważają, że są niezwykle brzydkie i nazywają je latającymi diabełkami. Gdyby jednak wśród miłośników nietoperzy rozpisać ankietę na ulubiony gatunek, mopek z pewnością zająłby jedno z czołowych miejsc.

Zadanie dla spostrzegawczych: odnajdź oczy mopka

Zadanie dla spostrzegawczych: odnajdź oczy mopka
Fot. Andrzej Kepel

Rozpoznawanie nietoperzy nie jest łatwą sztuką, ale nawet osoby niezbyt biegłe w zoologii, zobaczywszy raz mopka, raczej nie pomylą go z żadnym innym gatunkiem. Mopek (Barbastella barbastellus) to jedyny krajowy nietoperz, o którym można powiedzieć, że jest cały czarny (po czesku mopek to po prostu... netopýr černý). Rzeczywiście – pysk, uszy, błony lotne oraz futerko na grzbiecie są czarniawe (futerko często ma jeszcze srebrzysty połysk). Bardzo ciemny kolor mają także włosy na stronie brzusznej, która tylko nieznacznie kontrastuje z grzbietem. Niezwykła jest „twarz” mopka. Nasady dużych trójkątnych uszu są zrośnięte pośrodku głowy (ponoć dawniej nazywano mopka m.in. zrosłouszkiem). Bardzo małe, ledwie widoczne oczy osadzone są wysoko i przez to sprawiają wrażenie jakby znajdowały się we wnętrzu ucha. Krótki, szeroki i spłaszczony pysk opisywany jest najczęściej jako „mopsowaty”.

Zasięg występowania mopka właściwie ogranicza się do Europy i jedynie nieznacznie poza nią wykracza, dochodząc do Maroka, Wysp Kanaryjskich i Kaukazu. Nietoperz ten zasiedla większą część kontynentu, od Portugalii po środkową Ukrainę i Białoruś oraz od wysp na Morzu Śródziemnym po Łotwę, płd. Skandynawię i Wyspy Brytyjskie. Brak go niemal zupełnie w południowych częściach półwyspów Bałkańskiego i Iberyjskiego.

Dopiero z bliska widać, że futerko mopka nie jest jednolicie czarne

Dopiero z bliska widać, że futerko mopka nie jest jednolicie czarne
Fot. Andrzej Kepel

Warto wiedzieć, że na świecie żyje jeszcze jeden gatunek mopka – Barbastella leucomelas (tłumacząc z angielskiego można go nazwać mopkiem wschodnim). Nietoperz ten (bardzo podobny do naszego „zrosłouszka”) zamieszkuje wyżynne i górskie obszary wschodniej Afryki oraz południowej i środkowej Azji.

Najłatwiej spotkać mopka zimą, w okresie hibernacji. Widuje się go wtedy często, na terenie całego kraju. Mopek zimuje w podziemiach, zarówno naturalnych jak i sztucznych. Nie jest zbyt wybredny, jeśli chodzi o wielkość i rodzaj schronienia. Odpowiadają mu zarówno obiekty małe (piwniczki, niewielkie schrony, sztolnie, wyschnięte studnie) jak i rozległe systemy fortyfikacyjne. Nieco rzadziej spotyka się go w jaskiniach, a wyjątkowo może zimować także w innych miejscach, np. dziuplach drzew.

Oprócz mroczków pozłocistych, absolutnych rekordzistów w przetrzymywaniu mrozów mopki są naszymi najbardziej zimnolubnymi nietoperzami. Wybierają najczęściej miejsca z temperaturą od zera do kilku stopni. Znoszą okresowe mrozy, nawet do 10 kresek poniżej zera. W przeciwieństwie do większości nietoperzy nie przeszkadzają im przewiewy. W zimowiskach mopki lokują się często w mało izolowanych miejscach, np. tuż przy wyjściach, a jeśli nie panują akurat silne mrozy, mogą hibernować nawet praktycznie „na dworze”, np. w szczelinach murów albo zewnętrznych ścian jaskiń. W okresie snu zimowego są bardzo mobilne – dość często spontanicznie się budzą i przenoszą w inne miejsca. Mopki tolerują szeroki zakres wilgotności, częściej jednak wybierają miejsca suche. Dlatego praktykowane niekiedy zabiegi, polegające na zwiększeniu wilgotności w zimowiskach nietoperzy, mające „poprawić” mikroklimat, powinny być stosowane bardzo ostrożnie. Może się okazać, że pomagając nietoperzom wilgociolubnym, np. nockom rudym, zaszkodzimy mopkom.

Tunele pełne mopków

Prawdziwą sensacją w środowisku chiropterologicznym było odkrycie przed kilku laty ogromnego zimowiska mopków w nieużywanym podziemnym tunelu na terenie woj. lubuskiego. Stwierdzono tam ponad 1800 nietoperzy. Większość z nich zimowała razem, tworząc wielki czarny, futrzasty „plaster”. Na świecie znane są tylko dwa miejsca, gdzie naliczono więcej mopków: tunel kolejowy w Muran-Dielik na Słowacji (do 7800 osobników, ale tunel ten zawalił się i obecnie zimuje tam bardzo mało zwierząt) oraz Jaskinia Kanion na Kaukazie (ponad 7000).

Zazwyczaj „klastry” mopków nie przekraczają 200 osobników, ten oszacowano na ponad 1000. To największa grupa mopków, jaką kiedykolwiek widziano w Polsce.

Zazwyczaj „klastry” mopków nie przekraczają 200 osobników, ten oszacowano na ponad 1000. To największa grupa mopków, jaką kiedykolwiek widziano w Polsce.
Fot. Radosław Jaros

Spośród krajowych nietoperzy mopki hibernują najkrócej, niekiedy zaledwie przez 3 miesiące w roku. Często opuszczają zimowiska już w drugiej połowie lutego i wtedy większość z nich... przepada bez wieści, aż do następnej zimy. Mopki nie lubią długich wędrówek. Mimo że notowano przeloty niemal 300-kilometrowe, to (wg obecnej wiedzy) wydaje się, że z reguły nie odlatują od zimowisk dalej niż na 20–30 km. Co więc się dzieje z tysiącami czarnych stworzonek, liczonymi corocznie w zimowiskach? Dlaczego tak trudno zobaczyć je latem? Przyczyną jest najprawdopodobniej tryb życia mopków. Nietoperze te robią wszystko, aby nikt ich nie znalazł (choć zapewne ich intencją nie jest utrudnianie życia naukowcom).

Mopki związane są przede wszystkim ze starszymi lasami. To, że nietoperze te znajduje się czasami w budynkach lub płaskich skrzynkach dla nietoperzy, nie znaczy wcale, że upodobały sobie ten rodzaj schronień. Korzystają z nich raczej wyjątkowo i są tam po prostu łatwiej wykrywalne. W rzeczywistości mopki (z wyjątkiem okresu zimowego) są jednymi z mniej zsynantropizowanych* nietoperzy. Ich głównymi, naturalnymi kryjówkami są drzewa, ale (w przeciwieństwie do większości leśnych latających ssaków) klasyczne dziuple wcale im nie odpowiadają. Mopki najbezpieczniej czują się w różnego typu wąskich i głębokich szczelinach. Idealnymi schronieniami są dla nich przestrzenie za płatami odstającej kory oraz pęknięcia w pniach i konarach.

Tajemnicze kolonie

O ile stwierdzenie pojedynczych mopków nie jest jeszcze czymś szczególnie nadzwyczajnym, to odnalezienie kryjówki kolonii rozrodczej bez pomocy telemetrii graniczy niemal z cudem. W Polsce znanych jest zaledwie kilka takich miejsc. Wszystkie znajdowano w szczelinach budynków położonych w lasach lub ich pobliżu. Mopki szczególnie upodobały sobie szpary za drewnianymi okiennicami. Prawdopodobnie dostrzegają w nich podobieństwo do szczelin w drzewach lub płatów odstającej kory.

Zimową kryjówką tej trójki mopków stała się przestrzeń za odpadającym od sufitu tynkiem

Zimową kryjówką tej trójki mopków stała się przestrzeń za odpadającym od sufitu tynkiem
Fot. Radosław Jaros

Letnie kolonie mopków formują się już wczesną wiosną, jednak nietoperze mogą wracać do miejsc hibernacji w razie dłuższych nawrotów zimowej aury. Samice przygotowujące się do porodu oraz wychowujące młode, tworzą bardzo małe grupki, liczące od kilku do kilkudziesięciu osobników. Nietoperze używają kilku kryjówek głównych i nawet kilkudziesięciu schronień „awaryjnych”, między którymi bardzo często, nawet co 2–3 dni, się przemieszczają. W ten sposób znacząco zwiększają swoje szanse na bezpieczne przetrwanie lata i odchowanie potomstwa. Takie lotne komanda są trudno wykrywalne dla potencjalnych drapieżników (i człowieka), poza tym utrata jednej kryjówki (np. w wyniku ścięcia bądź przewrócenia się drzewa) nie musi dla nietoperzy oznaczać nieszczęścia. Trudniej jest też chronić letnie stanowiska mopków (w przeciwieństwie np. do nocków dużych, które całe lato zwykle siedzą grzecznie na „swoim” strychu). Przykład mopków pokazuje, że o wiele istotniejsze niż ochrona pojedynczych stanowisk zagrożonych zwierząt (np. konkretnych drzew, gdzie akurat danego dnia ktoś znalazł kolonię), jest skupienie się na zachowaniu ich siedlisk – w tym przypadku starych drzewostanów. Małe mopki usamodzielniają się po 8–9 tygodniach, a kolonie rozpraszają się dopiero jesienią, we wrześniu lub październiku.

Międzygatunkowy tercet hibernujących nietoperzy: gacek brunatny, nocek rudy i... czarna owca w grupie, czyli mopek

Międzygatunkowy tercet hibernujących nietoperzy: gacek brunatny, nocek rudy i... czarna owca w grupie, czyli mopek
Fot. Andrzej Kepel

Naturalne fragmenty lasów oraz ich obrzeża zapewniają mopkom nie tylko kryjówki, są także ich żerowiskami. Mopki odżywiają się głównie małymi motylami nocnymi. Polują również nad wodami, na terenach zakrzaczonych (zarastające polany, ogrody), a nawet przy lampach ulicznych. Nie są wytrzymałymi ani szybkimi lotnikami, ale za to wyróżniają się dużą zwrotnością, dlatego mogą sobie pozwolić na wyszukiwanie ofiar wśród roślinności. Prawdopodobnie potrafią też zbierać pokarm z powierzchni liści.

Mimo trudności ze znalezieniem mopków w okresie letnim, ich wysokie liczebności podczas liczeń zimowych pozwalają sądzić, że populacja tego nietoperza w naszym kraju jest stabilna. Zupełnie inaczej jest w Europie Zachodniej. Tam mopek jest jednym z najrzadszych i najbardziej zagrożonych nietoperzy. W kilku krajach (np. Belgii, Danii i Holandii) albo wyginął, albo znajduje się na krawędzi wymarcia. I pomimo starań przyrodników ta tendencja wydaje się nie tylko utrzymywać, ale nawet pogłębiać. Dlatego władze Unii Europejskiej umieściły mopka w Załączniku II Dyrektywy Siedliskowej, czyli objęły go programem Natura 2000. Oznacza to m.in., że ważne stanowiska mopka należy obejmować ochroną. Mopek pojawił się także na Czerwonej Liście Zwierząt Ginących i Zagrożonych w Polsce, jako gatunek o nierozpoznanym statusie.

Dzięki nowoczesnym metodom badawczym człowiek wydziera mopkom coraz więcej sekretów. Wciąż jest to jednak nietoperz bardzo tajemniczy i... czasami warto się chyba zastanowić, czy nie lepiej, aby choć trochę tej aury tajemniczości pozostało.

Radosław Jaros

*) Gatunki synantropijne to takie, których środowiskiem życia są przede wszystkim siedziby ludzkie i ich pobliże.


Europa da się lubić...

Kto jest największym importerem dzikich ptaków na świecie? Chwila wahania...? Stany Zjednoczone? W końcu leżą niedaleko Ameryki Południowej, słynącej z bogactwa awifauny... Nie, pudło! Największym importerem ptaków pochodzących z odłowów jest... Unia Europejska. USA swojego czasu faktycznie dzierżyło palmę pierwszeństwa, będąc krajem docelowym m.in. dla blisko 50% wszystkich odławianych papug. W 1992 r. wprowadzono tam jednak nowe przepisy, które zabraniają importu ptaków pochodzących z wolności i należących do gatunków ujętych w załącznikach Konwencji Waszyngtońskiej (Konwencji o Międzynarodowym Handlu Zagrożonymi Gatunkami Fauny i Flory – CITES). Od tego czasu pałeczkę lidera przejęła UE, stając się najważniejszym na świecie rynkiem zbytu dzikich ptaków. Nie jest to oczywiście powód do dumy i nie za to lubię Europę. Mój entuzjazm wzbudza natomiast nowe Rozporządzenie Komisji (WE) – Nr 318/2007, które wzorem przepisów amerykańskich zabrania importu na teren UE ptactwa pochodzącego z odłowów.

Trochę faktów, czyli kubeł zimnej wody...

Ara araruna ze względu na atrakcyjne upierzenie stosunkowo często trzymana jest w domach.

Ara araruna ze względu na atrakcyjne upierzenie stosunkowo często trzymana jest w domach
Fot. Borys Kala

Zanim wspomniane rozporządzenie weszło w życie, ptaki łapane były do celów komercyjnych na szeroką skalę. Najwięcej eksportowano ich z biednych państw Afryki (np. Senegal, Tanzania, Kamerun), Ameryki Południowej (np. Surinam, Gujana, Argentyna) oraz Azji (np. Pakistan). Ptaki odławiane były przez lokalnych traperów, mieszkających zazwyczaj setki kilometrów od większych miast. Często, aby dostać się do piskląt w dziupli, praktykowano ścinanie całego drzewa! Wiele ptaków padało na skutek przeżytego szoku oraz obrażeń wewnętrznych. Odłowione zwierzęta sprzedawane były pośrednikom, którzy po zgromadzeniu większej partii przewozili je do dużych miast. RSPCA1 opisuje przewożenie ptaków w Tanzanii na odległość 1200 km. Korzystano z rowerów, samochodów, a także transportu publicznego – np. na dachach autobusów. W miastach zwierzęta przejmowane były przez eksporterów, organizujących dalszą trasę – zazwyczaj drogą lotniczą. Zanim jednak opuściły kraj pochodzenia, większość z nich ginęła... EIA2 – międzynarodowa organizacja zajmująca się wykrywaniem i zwalczaniem przestępstw przeciwko przyrodzie – podaje, że na jednego ptaka, który przeżywa transport trzy inne giną zanim dotrą do celu podróży! Te, które przeżyją, trafiają do sklepów, a następnie do osób, które zwykle kupują zwierzęta pod wpływem impulsu, często nie mając pojęcia, jak z nimi postępować i czym je karmić...

Na podstawie ilości sprzedawanego ptasiego pokarmu EPFIF3 szacuje, że w samej tylko Wielkiej Brytanii ptaki przetrzymywane są w około 1,4 miliona gospodarstw domowych. W latach 2000–2003 do Unii trafiło ponad 2,7 miliona pochodzących z wolności okazów ptaków z gatunków umieszczonych w Załącznikach II i III CITES, co stanowi ponad 90% światowego handlu przedstawicielami dzikiej awifauny objętej tą Konwencją! Warto dodać, iż import ptaków należących do gatunków wpisanych do załączników CITES stanowił tylko niewielki procent ogólnej liczby ptaków sprowadzanych do UE. Informacje o wprowadzanych do Unii okazach gatunków nie objętych CITES nie są zbierane. Oznacza to, że przytoczone liczby to zaledwie czubek góry lodowej, o rozmiarach praktycznie niemożliwych do oszacowania.

Ara spixii – na granicy wymarcia

Jedną z ofiar niekontrolowanych odłowów w naturze jest ara spixii (Cyanopsitta spixii). Ostatnie obserwacje przedstawiciela tego gatunku na wolności pochodzą z końca 2000 roku. Obecnie na świecie żyje około 70 osobników – wszystkie w hodowlach. Największą kolekcję (około 47 ptaków) posiada szejk Saoud Bin Mohammed Bin Ali Al Thani z Kataru. Być może w przyszłości na bazie hodowanych zwierząt uda się stworzyć program odbudowy dzikiej populacji w Brazylii... Należy jednak pamiętać, że papugi te są ze sobą dosyć silnie spokrewnione, przez co powodzenie takiego programu stoi pod dużym znakiem zapytania.

Skonfiskowane amazonki, przetrzymywane w ośrodku rehabilitacyjnym Nederlands Opvangcentrum voor Papegaaien (N.O.P.) w Veldhoven (Holandia).

Skonfiskowane amazonki, przetrzymywane w ośrodku rehabilitacyjnym Nederlands Opvangcentrum voor Papegaaien (N.O.P.) w Veldhoven (Holandia).
Fot. Borys Kala

Kto czerpał z tego biznesu największe korzyści? Wpływy z handlu ptakami odłowionymi na wolności omijały szerokim łukiem lokalne społeczności w państwach ich pochodzenia, zasilając kieszenie często dobrze sytuowanych handlarzy z państw bogatych. Za papugi, które w sklepach osiągały ceny 400 USD/szt., w ich rodzimych krajach rzadko płacono ponad 7 USD/szt. Unijny zakaz importu nie pozbawił, jak sugerują niektórzy, środków do życia społeczności lokalnych biednych państw, w których prowadzone były odłowy. Dla traperów pieniądze pochodzące ze sprzedaży ptaków zazwyczaj nie stanowiły głównego źródła utrzymania. Poza tym należy zaznaczyć, że liczba osób trudniących się odłowem ptaków z reguły nie jest duża – w Gujanie, drugim pod względem liczby eksportowanych ptaków kraju Ameryki Południowej, wykazano zaledwie 100 osób działających w tej branży.

Rozporządzenie Komisji (WE) Nr 318/2007

W roku 2005, na fali paniki wywołanej epidemią ptasiej grypy, Unia Europejska wprowadziła tymczasowy zakaz importu na teren Unii ptaków pochodzących z odłowów. Równolegle koalicja ponad 200 pozarządowych organizacji zajmujących się ochroną przyrody oraz prawami zwierząt prowadziła intensywną kampanię na rzecz przekształcenia tego „tymczasowego” zakazu w „permanentny”. Nie zabrakło wśród nich również „Salamandry”, która czynnie brała udział w tym przedsięwzięciu. Aby osiągnąć zamierzony cel, organizacje przedstawiały przeróżne argumenty. Najbardziej przemawiający do Komisji Europejskiej okazał się jednak problem ptasiej grypy. To właśnie strach przed zawleczeniem na teren Wspólnoty szczepu H5N1 tego wirusa doprowadził do podjęcia decyzji o wprowadzeniu trwałego zakazu importu dzikiego ptactwa.

A co na to Sekretariat CITES?

Decyzja o wprowadzeniu przez UE permanentnego zakazu importu ptaków pochodzących z odłowów spotkała się z krytyką ze strony Sekretariatu CITES. Konwencja Waszyngtońska promuje bowiem „zrównoważone” korzystanie z zasobów przyrodniczych. Według Sekretariatu, głównym zagrożeniem dla ptaków jest niszczenie ich naturalnych siedlisk, zaś unijny zakaz importu odbierze lokalnym społecznościom odławiającym dzikie ptaki finansową motywację do ochrony tych siedlisk. Jednocześnie Sekretariat wydaje się nie zauważać faktu, że dotychczasowe zasady ochrony, w tym te wynikające z CITES, nie zawsze są wystarczające. Do tej pory aż 22 gatunki papug zostały przeniesione z Załącznika II, w którym znajduje się większość taksonów objętych CITES, do Załącznika I, zabraniającego obrotu w celach komercyjnych. Oznacza to, że sytuacja tych ptaków w warunkach naturalnych uległa poważnemu pogorszeniu, mimo że objęte były przepisami Konwencji i teoretycznie „pozyskiwane wyłącznie w sposób zrównoważony, nie wpływający w sposób negatywny na ich populacje”.

Co nowego wprowadza Rozporządzenie? Niewątpliwie najważniejszy jest bezwzględny zakaz importu na teren UE ptaków pochodzących z wolności. Importerzy mogą sprowadzać wyłącznie okazy pochodzące z hodowli, przy czym każdy osobnik musi być unikatowo oznaczony przy pomocy mikroczipu lub zamkniętej obrączki. Co więcej, żywe ptaki pochodzące z hodowli można przywozić wyłącznie ze wskazanych przez UE państw. Z obostrzeń wynikających z rozporządzenia zwolnione są tylko nieliczne kraje sąsiadujące z Unią, np. Szwajcaria, posiadające podobne standardy weterynaryjne. Wszystkie eksportowane do UE ptaki muszą przejść co najmniej 30-dniową kwarantannę w zaakceptowanych przez Komisję Europejską centrach kwarantannowych. Lista takich centrów znajduje się w Załączniku V do Rozporządzenia. Polska, podobnie jak Dania, Francja, Irlandia, Malta i Węgry, zgłosiła tylko jedno centrum, zaś np. Niemcy aż 24. Podczas trwania kwarantanny urzędowy lekarz weterynarii zobowiązany jest do przynajmniej dwukrotnej kontroli każdego transportu. W przypadku wykrycia oznak chorób, Rozporządzenie przewiduje szczegółowy zakres działań zapobiegający ich rozprzestrzenianiu się.

Nowe przepisy, które w życie weszły z dniem 1 lipca 2007 roku, zapewne istotnie przyczynią się do ochrony wielu zagrożonych gatunków na całym świecie. Nadal dopuszczalny będzie import ptaków pochodzących z wolności np. przez ogrody zoologiczne czy też w ramach projektów ochronnych. Skala importu będzie jednak nieporównywalnie mniejsza – w przypadku gatunków ujętych w załącznikach CITES szacuje się, że liczba importowanych ptaków spadnie z blisko miliona do zaledwie kilkuset osobników rocznie.

Borys Kala

  1. The Royal Society for the Protection of Cruelty to Animals (Królewskie Towarzystwo Zapobiegania Okrucieństwu wobec Zwierząt).
  2. Environmental Investigation Agency.
  3. European Pet Food Industry Federation (Europejska Federacja Producentów Żywności dla Zwierząt Domowych).


Podziemny spis powszechny

Z pewnym opóźnieniem donosimy o wynikach dorocznego liczenia zimujących nietoperzy w obiektach podziemnych Pomorza Gdańskiego, jakie przeprowadzili członkowie Akademickiego Koła Chiropterologicznego PTOP „Salamandra” w lutym 2006 roku. Łącznie skontrolowaliśmy 57 piwnic, bunkrów, fortów i innych mrocznych miejsc, spośród których aż 12 zostało przez nas odwiedzonych po raz pierwszy. Do najciekawszych należy niewątpliwie stara, wyschnięta studnia w lasach leśnictwa Wierszyno (Park Krajobrazowy „Dolina Słupi”). Stanowi ona jedyną pozostałość dawnej osady, odnaleźli ją zaś pracownicy parku krajobrazowego, od kilku lat niezwykle zaangażowani w program ochrony nietoperzy i współpracę z naszym Kołem. Głębokość studni wynosi około 11 metrów, toteż do policzenia nietoperzy zimujących w jej kamiennych, budowanych bez zaprawy ścianach, niezbędna była lina i sprzęt alpinistyczny, używany przy eksploracji jaskiń. Przykryta warstwą gałęzi i ogrodzona lichym płotkiem studnia mogła stać się śmiertelną pułapką dla nielatających zwierząt, a nawet ludzi. Na szczęście na dnie studni nie znaleźliśmy warstwy kości ani stosu czaszek... Obiekt okazał się natomiast przytulną zimową kryjówką dla prawie 40 nietoperzy, głównie nocków Natterera, którym towarzyszył samotnik lub indywidualista – jedyny w studni gacek brunatny. Łącznie, we wszystkich kryjówkach naliczyliśmy 630 nietoperzy, należących do 8 gatunków.

Mateusz Ciechanowski






















Wybór numeru

Aktualny numer: 1-2/2019

Aktualny numer