Polskie Towarzystwo Ochrony Przyrody „Salamandra”
 


Narciarz wodny

Ślizg..., ślizg..., ślizg..., po gładkiej tafli jeziora sunie smukły, długonogi owad, przypominający na pierwszy rzut oka pająka. Jego stopy, mimo że dotykają powierzchni wody, wcale nie są mokre. Jak to możliwe? Dlaczego on nie tonie? Przecież chodzenie po wodzie zastrzeżone jest dla świętych.

Zakończone sukcesem polowanie

Zakończone sukcesem polowanie

Nie jest to oczywiście pierwsze moje spotkanie z tym niezwykłym owadem i jego wyjątkowymi zdolnościami, ale tym razem postanowiłam przyjrzeć mu się dokładniej. Przede wszystkim od razu zauważyłam, że poruszając się energicznymi i sporymi susami aktywnie poszukuje zdobyczy, którą są inne, jednak sporo od niego mniejsze owady. Nie pogardzi żadnym, który przypadkiem znajdzie się na powierzchni wody. Potrafi przy tym osiągać znaczną prędkość, nawet do 1,5 metra na sekundę, więc niewiele potencjalnych ofiar jest w stanie mu umknąć.

Nazwa tego owada – nartnik – trafnie odzwierciedla jego specyficzny sposób poruszania się, choć mianem tym tak naprawdę określa się kilka gatunków, należących do różnych rodzin. Bardzo podobny wygląd i sposób życia tych owadów powodują, że rozróżnienie ich jest bardzo trudne. Wszystkie one są przedstawicielami podrzędu pluskwiaków różnoskrzydłych (Heteroptera) (zobacz: Czy można polubić pluskwiaki? - SALAMANDRA 1/2004). W Polsce najliczniejszy jest nartnik duży (Gerris lacustris) i sunik (Gerris paludum).

Kopulujące nartniki stają się łatwiejszym łupem dla drapieżników. W pobliżu czyhają też inne samce gotowe zrzucić rywala z grzbietu samicy.

Kopulujące nartniki stają się łatwiejszym łupem dla drapieżników. W pobliżu czyhają też inne samce gotowe zrzucić rywala z grzbietu samicy.

Nartniki są skutecznymi drapieżnikami. Aby mieć nieograniczony dostęp do smacznych kąsków, bytują głównie w miejscach zacisznych, na powierzchni różnego rodzaju wód stojących. Zasiedlają również wolno płynące rzeki, ale tylko w miejscach, gdzie woda jest spowalniana np. przez korzenie drzew czy pnie i gałęzie, które powodują tworzenie się różnych zatoczek i płycizn, z wyrastającą nad powierzchnię roślinnością wodną. Choć przez większość aktywnego życia pluskwiaki te związane są z wodą, trudno zakwalifikować je do zwierząt stricte wodnych, jak np. ryby czy małże. W rzeczywistości owady te nie pływają, nie nurkują, nie przebywają w toni wodnej, a nawet nie bywają mokre! Wykorzystują tylko powierzchnię wody jako przestrzeń do przemieszczania się, zdobywania pokarmu i... zalotów. Właśnie dlatego zalicza się je do grupy ekologicznej pluskwiaków nawodnych (Amphibiocorisae), a nie typowo wodnych (Hydrocorisae).

Dzięki swoim nietypowym nogom, pokrytym hydrofobowymi, czyli niezwilżalnymi włoskami, nartniki prześlizgują się po wodzie, wykorzystując jej napięcie powierzchniowe*. Najbardziej wierzchnia warstewka wody nie zostaje przerwana lecz jedynie lekko ugięta. Ogromne znaczenie przy tego typu poruszaniu się ma stosunkowo niewielka masa ciała owada oraz dość szerokie rozstawienie odnóży, aby rozłożyć ciężar równomiernie na powierzchni wody.

Latem szczególnie chętnie odwiedzamy jeziora, żeby choć trochę odpocząć od upałów. W miejscach zacisznych i oddalonych od rozkrzyczanych tłumów powierzchnia wody aż kipi życiem. Warto wtedy przyjrzeć się bliżej tym wyjątkowym nawodnym pluskwiakom.

Tekst i zdjęcia: Adriana Bogdanowska

*) Napięcie powierzchniowe – zjawisko fizyczne, występujące na styku powierzchni cieczy z ciałem stałym, gazowym lub inną cieczą. Polega na powstawaniu dodatkowych sił, działających na powierzchnię cieczy w sposób kurczący ją.


Jeden z najstarszych gatunków na świecie przegrał rywalizację z człowiekiem?

W 2006 roku świat obiegła wiadomość, że jeden z czterech występujących na świecie delfinów słodkowodnych (Platanistidae) – chiński biały delfin, nazywany też baiji (Lipotes vexillifer) – po 20 milionach lat życia na Ziemi został uznany za wymarły.

W czerwcu 2005 roku naukowcy z londyńskiego Towarzystwa Zoologicznego (The Zoological Society of London) przedstawili plan ekspedycji mającej na celu ratowanie baiji. Zamierzano schwytać pięć delfinów i przenieść je do jeziora Tian-e-Zhou, będącego przed 30 laty odnogą rzeki Jangcy, w której te delfiny żyją (a właściwie żyły). W starorzeczu zamierzano prowadzić ich kontrolowane rozmnażanie, a koszt realizacji tego pomysłu w pierwszym roku miał wynosić od 365 do 545 tysięcy dolarów (łodzie i helikoptery do łapania i transportu zwierząt oraz opieka weterynaryjna).

Prawdopodobnie juz nigdy nie zobaczymy w naturze tego słodkowodnego delfina.

Prawdopodobnie juz nigdy nie zobaczymy w naturze tego słodkowodnego delfina.
Fot. baiji.org Foundation / Steven Leatherwood

Naukowcy, pod kierownictwem Instytutu Hydrobiologii w Wuhan i fundacji baiji.org, przez sześć tygodni przemierzali 3500-kilometrowy odcinek Jangcy w poszukiwaniu delfinów. Podczas poprzedniej tego typu wyprawy, w roku 1997, baiji dostrzeżono 13 razy – tym razem nie znaleziono ani jednego osobnika. August Pfluger, szef organizacji baiji.org, przyznaje, że być może przeoczono jedno lub dwa zwierzęta, jednak nie mają one szans na przeżycie. Aby gatunek mógł przetrwać, trzeba przynajmniej dwudziestu delfinów.

W ten sposób 13 grudnia 2006 roku gatunek Lipotes vexillifer został uznany za wymarły. Dlaczego tak się stało? W minionych stuleciach ludzie będący świadkami zagłady ptaków dodo (Raphus cucullatus) stwierdzili, że ptaki te wyginęły, bo były nieporadne – ot, Bóg źle je stworzył. Baiji jest co prawda prawie ślepy, przetrwał jednak ostatnie 20 milionów lat! Czy można więc mówić o błędzie stworzenia? Tylko o tyle, że jego zmysły okazały się „niekompatybilne” z tym, na co zostały narażone przez ludzi. Jak wykazały badania, delfinom nie zaszkodziły chemikalia, którymi zanieczyszczona jest woda, bo ich stężenia nie są na tyle duże, aby były dla nich niebezpieczne. Bardzo szkodliwy okazał się natomiast ogromny ruch łodzi i statków na rzece, w której żyją zwierzęta używające do orientacji w terenie dźwięku. Pewien wkład w ich zagładę miały prawdopodobnie również nadmierne połowy ryb.

Po zakończonej ekspedycji fundacja baiji.org poinformowała też, że los białego delfina może niedługo podzielić inny gatunek – morświn bezpłetwy (Neophocoena phocoenoides), którego liczebność oceniana jest obecnie na 400 sztuk i zmniejsza się w zastraszającym tempie. Na jego ratowanie nie jest jeszcze za późno, ale jeżeli ktoś miałby coś zrobić w tym kierunku, musi zrobić to naprawdę szybko. W przeciwnym wypadku za kilka-kilkanaście lat kolejny taki artykuł poświęcony będzie wymarłemu już morświnowi.

Jakub Bogusław Jagiełło












Lilie – boskie atrybuty

„Mnie do lilii, proszę państwa,
już od dziecka ciągnie coś ci,
To się bierze, jak przypuszczam,
Z mej wrodzonej niewinności.”

Tak napisał w wierszu „Lilie” Ludwik Jerzy Kern. W istocie, rośliny te na trwałe wpisały się w historię ludzkiej cywilizacji. Istnieją w naszej kulturze od blisko czterech tysięcy lat. Freski z ornamentem lilii odkryto w ruinach pałacu króla Minosa z Knossos na Krecie, zaś cebule tych roślin znajdowane są w sarkofagach mumii egipskich. Wkładano je tam jako pokarm dla zmarłych. Starożytni Grecy wierzyli, że lilie powstały z mleka niebiańskiej Hery. Dla niej oraz Afrodyty i Artemis kwiaty te stały się boskimi atrybutami.

Charakterystycznie wywinięte płatki okwiatu lilii złotogłów ułatwiają dostęp motylom z rodziny zawisakowatych, które zatrzymują się w powietrzu jak kolibry i zapuszczają ssawki kolejno w głąb kanalika miodnikowego

Charakterystycznie wywinięte płatki okwiatu lilii złotogłów ułatwiają dostęp motylom z rodziny zawisakowatych, które zatrzymują się w powietrzu jak kolibry i zapuszczają ssawki kolejno w głąb kanalika miodnikowego
Fot. Renata i Marek Kosińscy

Z Hellady lilie przeniknęły do imperium rzymskiego jako symbol nadziei. Ozdabiano nimi pomniki Diany i Wenus, zaś kohorty legionów rzymskich roznosiły cebulki lilii po całym ówczesnym antycznym świecie, sporządzając z nich leki do gojenia ran otrzymanych w bojach. W tych burzliwych czasach lilia stała się symbolem piękna, czystości i niewinności. I taką ją widzi chrześcijaństwo, czyniąc z niej kwiat sakralny i heraldyczny. Wedle tradycji miała wyrosnąć z łez Ewy opłakującej wygnanie z Raju. W scenach Zwiastowania malarze często wyobrażali archanioła Gabriela z lilią w ręku, podczas gdy drugi kwiat tkwił w wazonie obok klęczącej Marii. Symbole lilii stanowiły godło królewskiej Francji, widniały w herbach rodów rycerskich (w tym dynastii Burbonów) i miast. Znamienne, że rośliny te uprawiane były przez zakonników różnych wyznań. Spoglądając na mapę świata, znajdujemy je zarówno w wirydarzach* średniowiecznych europejskich, jak i ogrodach buddyjskich klasztorów. Wszędzie ich uprawa stanowi pilnie strzeżoną tajemnicę. Również słynne arystokratyczne ogrody muzułmańskich miast – Grenady i Fezu – zdobiły dorodne okazy licznych gatunków lilii. Trzeba w tym miejscu wyraźnie zaznaczyć, że na Dalekim Wschodzie, a konkretnie w Chinach i Japonii, hodowcy znacznie wyprzedzili w sztuce ogrodniczej Europejczyków. Podczas gdy ci ostatni wiedli krwawe krucjaty przeciw muzułmanom, japońscy szogunowie wdychali woń licznych, kolorowych odmian będących efektem krzyżowania między sobą różnych gatunków lilii. Jak pilnie sama przyroda i tamtejsi ludzie strzegli owych roślin, świadczą następujące fakty: lilię królewską (Lilium regale), pochodzącą z Chin, dla świata zachodniego odkryto dopiero w 1903 roku, zaś lilię pozłacaną (L. auratum) sprowadzono z Japonii do Anglii dopiero w 1962 roku!!!

Lilie uprawiano również ze względów kulinarnych, zdrowotnych i kosmetycznych. Aromat i smak cebul niektórych gatunków porównywalny jest do najwytworniejszych grzybów. W Chinach po dzień dzisiejszy gotuje się cebule i sporządza z nich purée liliowe dodawane do deserów i kremów. Mączka liliowa to wykwintny dodatek do wyrobów cukierniczych. W medycynie ludowej stosowano suszone i zmielone cebulki zmieszane z maścią różaną przeciw wypryskom skórnym oraz ranom oparzeniowym. Płatki kwiatowe zalane octem lub olejem, zmieszane z miodem, stosowano w walce ze świerzbem i przeciw zmarszczkom. Płatków mieszanych z tatarakiem i mąką pszenną używano przy schorzeniach układu moczowego. Świeże liście przykładano na rany zadane przez żmije. Słynna woda piękności, to nic innego jak wyciąg z płatków lilii z niewielkim dodatkiem białego wina. Jednak przy jej zażywaniu należy uważać. Stosowana w nadmiernych ilościach może wywołać migrenowe bóle głowy, halucynacje i omdlenia. I tyle z ciekawostek...

Lilię bulwkowatą zdobią jedne z największych kwiatów spośród dziko rosnących krajowych gatunków roślin naczyniowych

Lilię bulwkowatą zdobią jedne z największych kwiatów spośród dziko rosnących krajowych gatunków roślin naczyniowych
Fot. Tomasz Gmerek

...a teraz trochę botaniki. Rodzaj lilia (Lilium) liczy około 80 gatunków występujących w umiarkowanych strefach półkuli północnej. Najwięcej ich spotkać można na obszarach wschodnioazjatyckich, aż po Centralną Syberię i Kamczatkę. Dane te świadczą, że lilie nie boją się spadków temperatury i są zimotrwałe. W Polsce występują dwa gatunki: lilia bulwkowata (L. bulbiferum), rosnąca w Karpatach, oraz lilia złotogłów (L. martagon). Ta ostatnia (zobacz: Lilia złotogłów – szlachetna niewinność - SALAMANDRA 1/2003) jest rozpowszechniona w całym kraju. Rośnie w żyznych lasach liściastych oraz na śródleśnych polanach. Kwitnie w czerwcu i lipcu. Jej kwiaty pachną znacznie silniej wieczorem i nocą, ponieważ zapylają je motyle nocne. Nazwa łacińska martagon bywa różnie tłumaczona. Pochodzić może od mitycznego boga wojny Marsa lub tureckiego słowa martagan, które oznacza jeden z rodzajów turbanów. Być może stąd wywodzą się polskie ludowe nazwy lilii – zawojek i zawojka. Drugi człon nazwy gatunkowej – złotogłów – może mieć ścisły związek ze średniowiecznymi praktykami alchemików. Przyrządzali oni z cebulek lilii złocisty roztwór, który miał zamieniać nieszlachetne metale w złoto.

Oba wymienione gatunki w naszym kraju objęte są ochroną ścisłą.

Michał Falkowski
Zakład Botaniki
Akademia Podlaska w Siedlcach 

*) Kwadratowe lub prostokątne ogrody umieszczane wewnątrz zabudowań klasztornych.


Olbrzymie, wielkie i całkiem nieduże

W kontynentalnej Europie (w tym i w Polsce) żyją trzy gatunki borowców. Gdyby ich przedstawicieli ustawić obok siebie, postronnemu obserwatorowi ich zróżnicowane rozmiary mogłyby się skojarzyć z rosyjskimi matrioszkami1.

Bardzo szerokie, niemal kwadratowe uszy zdradzają borowca olbrzymiego

Bardzo szerokie, niemal kwadratowe uszy zdradzają borowca olbrzymiego
Fot. Ana G. Popa-Lisseanu

Borowce to rzadki w krajowej faunie ssaków przypadek, gdzie gatunki z tego samego rodzaju na pierwszy rzut oka różnią się tylko wielkością. Wszystkie mają płowo-brązowe futerko (o subtelnych różnicach kolorystycznych będzie jeszcze mowa) i – co ważniejsze – koziołek2 kształtu grzybkowatego, czyli wąski u nasady i silnie rozszerzony na boki w górnej części (przy dokładniejszym przyjrzeniu się może się nasunąć skojarzenie z grzybem... atomowym).

Najpospolitszym z trójki naszych bohaterów jest borowiec wielki (Nyctalus noctula), zwany po prostu borowcem. Jest to nietoperz słusznych rozmiarów, z krajowych gatunków (z wyjątkiem swojego większego kuzyna, którego poznamy później) ustępuje pod tym względem, i to nieznacznie, jedynie nockowi dużemu (Myotis myotis). Jednak jest od niego masywniej zbudowany i przy podobnych gabarytach może więcej ważyć.

Borowiec wielki to jeden z najczęściej spotykanych krajowych nietoperzy, a zarazem jeden z najszerzej rozprzestrzenionych na świecie skrzydlatych ssaków. W Europie stwierdzany był we wszystkich krajach z wyjątkiem Islandii. Jego zasięg obejmuje także znaczną część Azji (od Uralu po Japonię) oraz północną Afrykę.

Skrzydlaci globtroterzy

Borowce wielkie spotykane są daleko poza swoim zwartym zasięgiem, np. na zupełnie bezleśnych wyspach na północnym Atlantyku czy w krajach tropikalnych – Indiach, a nawet Mozambiku (Afryka południowo-wschodnia). Prawdopodobnie zapędzają się w tak odległe rejony podczas sezonowych wędrówek.

Borowce wielkie są typowymi lotnikami otwartych przestrzeni. Poruszanie się w takim środowisku ułatwia budowa ich ciała (długie, wąskie skrzydła) oraz sposób echolokacji. Emitują dźwięki o długim zasięgu (do 200 metrów), ale jak na nietoperze – dość rzadko, „zaledwie” kilka razy na sekundę. Nadają na niskiej częstotliwości – ok. 20 kHz, dlatego ludzie o wrażliwym słuchu nie potrzebują detektora ultradźwiękowego, aby latające borowce doskonale słyszeć. Ciekawostką jest fakt, że niektórzy chiropterolodzy podchodząc do sieci, w którą złapało się kilka borowców, doświadczają dziwnego uczucia podenerwowania i dyskomfortu. Przyczyną jest najprawdopodobniej duże natężenie wydawanych przez te nietoperze ultradźwięków na granicy słyszalności.

Pojedyncze borowce wielkie często znajdowane są w skrzynkach dla nietoperzy

Pojedyncze borowce wielkie często znajdowane są w skrzynkach dla nietoperzy
Fot. Maurycy Ignaczak

Lot borowców jest szybki, ale nieco niezręczny. Nietoperze te są po prostu mało zwrotne. Chętnie latają po liniach prostych, natomiast kiepsko radzą sobie wśród przeszkód, np. w gęstej roślinności, dlatego takich miejsc unikają. Nie są zbyt wybredne jeśli chodzi o rodzaj pokarmu. Polują zarówno na duże chrząszcze, np. chrabąszcze majowe (poradzą sobie nawet z wielkim jelonkiem rogaczem!) podczas ich rójek, jak i na muchówki, motyle nocne czy owady latające nad wodami (np. jętki). Borowce są przy tym najbardziej dziennymi z naszych nietoperzy – wiele z nich wylatuje z kryjówek na dobrą godzinę przed zachodem słońca, kiedy właściwie jest jeszcze zupełnie widno. Można je wtedy obserwować, jak uganiają się za owadami razem z jerzykami i jaskółkami. Pojedyncze osobniki (ale tylko wyjątkowo) mogą żerować nawet... w samo południe, w pełnym słońcu.

Do niedawna borowce były uważane za nietoperze typowo leśne. Jednak od dłuższe- go czasu obserwuje się ich napływ do miast. Dosłownie na naszych oczach zmieniają się ich zwyczaje. Co ciekawe – rzadko wybierają klasyczne miejsca, jak np. strychy wiekowych domostw. Wolą... bloki z wielkiej płyty. Podobnie jak niektóre mroczki (zobacz: Mroczny świat mroczków - SALAMANDRA 1/2007), borowce najwyraźniej uznały, że labirynty szczelin w ścianach bloków są świetnymi kryjówkami. Spodobały im się do tego stopnia, że wykorzystują je przez cały rok – latem wychowując w nich młode, a zimą hibernując. Czy należy się z tego cieszyć? Z jednej strony adaptacja zwierząt do nowego rodzaju schronienia zwiększa szanse zachowania gatunku w coraz bardziej przekształcanym przez człowieka świecie. Ale jednocześnie takie nienaturalne kryjówki mogą być dla borowców śmiertelną pułapką – skąd mają one np. wiedzieć, że bloki się czasami ociepla i że kryjówki, które uważają za bezpieczne, staną się ich grobowcami? Nikt nie wie dokładnie, ile nietoperzy zostaje każdego roku zamurowanych żywcem w szczelinach podczas takich prac, jednak należy się obawiać, że sporo.

Samica borowca wielkiego z młodym

Samica borowca wielkiego z młodym
Fot. Andrzej Kepel

Z wielkomiejskich betonowych osiedli wróćmy jednak do lasów, gdzie, na szczęście, wciąż pomieszkuje większość naszych borowców. Ich naturalnymi kryjówkami są dziuple drzew (dlatego, wbrew nazwie, częściej spotyka się je w lasach liściastych niż borach). Borowce zajmują zazwyczaj dziuple położone wysoko (powyżej czterech, a czasami nawet dwudziestu metrów nad ziemią), chociaż niekiedy zdarza im się również zasiedlić schronienia, do których wysoki człowiek może zajrzeć, nie stając nawet na palcach. Nie są przywiązane do określonego gatunku drzewa. Mogą zamieszkać nawet w posadzonych przez człowieka egzotach, np. choinie kanadyjskiej, jeśli tylko jest w nich odpowiednia kryjówka. Nie należą przy tym do tzw. gatunków szczelinowych – chętniej wybierają dziuple o przekroju mniej więcej okrągłym (głównie wykute przez dzięcioły) niż otwory powstałe w drzewach w sposób naturalny. Letnie kolonie borowców, liczące najczęściej kilkadziesiąt samic, w ciągu sezonu użytkują kilka (a nawet więcej) dziupli, które zmieniają co jakiś czas. Część naszych borowców spędza w lesie okrągły rok, również hibernując w dziuplach. Jednak działalność człowieka sprawia, że nawet w takich zupełnie naturalnych kryjówkach nie mogą być bezpieczne – zrębów w lasach dokonuje się głównie zimą, i wielu chiropterologów słyszało opowieści leśników o tym, że ze ściętego drzewa zaczęły wylatywać nietoperze, lub bardziej dramatyczne, że podczas cięcia drzewa spod ostrza piły trysnęła krew.

Wszystko wskazuje jednak na to, że tylko mała część borowców zimuje w tym samym lesie, w którym przebywa latem. Większość populacji wybiera migrację – podobnie jak ptaki, nietoperze te odlatują jesienią w bardziej przyjazne klimatycznie rejony i powracają dopiero wiosną. Wędrówki borowców to dość spektakularne zjawisko (choć niewielu ludzi to widziało): lecą one w dużych grupach, często w ciągu dnia. Intensywne przeloty tych nietoperzy obserwuje się m.in. na wybrzeżu Bałtyku. Prawdopodobnie nadlatują one z Rosji i krajów nadbałtyckich. Czy po to, aby spędzić w naszym kraju zimę, czy też zmierzają dalej, na południe lub zachód – tego na razie do końca nie wiadomo. Stwierdzono jednak, że przynajmniej część naszych borowców zimuje na Węgrzech, Słowacji, w Czechach i w Szwajcarii. A niektóre ze znajdowanych u nas zimą, mogą z kolei Polskę traktować jako „ciepły kraj” i przybywać z północy lub wschodu. Zimowe spotkania z borowcami w naszym kraju należą zresztą do rzadkości. Nietoperze te nie lubią miejsc najczęściej kontrolowanych przez badaczy – sztucznych i naturalnych podziemi. W schronach ani bunkrach dotąd ich u nas nie widziano, w jaskiniach – tylko kilka razy.

Irlandia krajem borowiaczka?

Niemal w całym swoim zasięgu borowiaczek jest o wiele rzadszy niż borowiec wielki. Wyjątkiem jest Irlandia, o której można powiedzieć, że „borowiaczkiem stoi”. To prawdziwa ostoja tego gatunku – jest on tam najliczniejszym nietoperzem. Jego kolonie rozrodcze mogą liczyć nawet 500 samic (w Polsce z reguły kilkanaście). Irlandia (wraz z Wielką Brytanią) jest również wyjątkiem pod innym względem – to chyba jedyne miejsce na świecie, gdzie typowo leśny borowiaczek przystosował się do niemal bezleśnego krajobrazu i zasiedla prawie wyłącznie budynki.

Borowiaczek, dzięki długiemu gęstemu futerku, jest zdecydowanie bardziej „kudłaty” niż pozostałe borowce

Borowiaczek, dzięki długiemu gęstemu futerku, jest zdecydowanie bardziej „kudłaty” niż pozostałe borowce
Fot. Alex Borissenko

O ile chyba każdy chiropterolog w Polsce wielokrotnie miał do czynienia z borowcami, to znajdzie się całkiem sporo fachowców od nietoperzy, którzy w życiu nie widzieli borowiaczka (Nyctalus leisleri). Wygląda on jak miniaturka borowca wielkiego, jednak oprócz wielkości różni się od niego kilkoma szczegółami: futerko ma dłuższe, gęstsze i bardziej skołtunione i – co najważniejsze – nasada włosów jest bardzo ciemna, a tylko ich górna część płowo-brązowa. Poza tym pyszczek borowiaczka jest „subtelniejszy” i bardziej spiczasty niż u borowca. Borowiaczek do niedawna był uznawany za jednego z najrzadszych polskich nietoperzy (figuruje w Polskiej czerwonej księdze zwierząt). Jednak okazało się to tylko częściowo prawdą. Gatunek ten występuje pospolicie w lasach wschodniej, południowej i środkowej Polski. Natomiast w zachodnich i północnych rejonach kraju rzeczywiście znany jest tylko z pojedynczych stanowisk. W naszej części Europy borowiaczek jest znacznie silniej związany z lasami niż borowiec. Kolonie rozrodcze i pojedyncze osobniki chronią się w dziuplach drzew (co ciekawe – w przeciwieństwie do borowców chętniej korzystają one ze szczelin powstałych w sposób naturalny niż z dziupli wykutych przez dzięcioły), przy czym najlepiej czują się w środkowych i górnych piętrach lasu, na wysokości powyżej osiem metrów. W Polsce w budynkach prawie się ich nie spotyka, a jeśli już, to są to zazwyczaj zabłąkane podczas wędrówek pojedyncze osobniki. Rozrodu w obiektach stworzonych przez człowieka jak dotychczas (z wyjątkiem jednego, mocno zresztą wątpliwego przypadku) u nas nie stwierdzono.

Borowiaczki, jak przystało na nietoperze z rodzaju Nyctalus, odbywają dalekie wędrówki. Tak naprawdę jednak niewiele o ich przelotach wiadomo, z wyjątkiem tego, że potrafią przebyć ponad 1500 km. Polskie borowiaczki jesienią (lub już późnym latem) odlatują na południe lub południowy zachód. I – co ciekawe – wiosną wracają tylko samice. Wygląda na to, że panowie, po odbyciu godów i przyczynieniu się do przetrwania gatunku, pozostają w łagodniejszym klimacie, ponieważ latem się ich u nas prawie nie spotyka. Tajemnicą jest hibernacja borowiaczków, zwłaszcza w naszej strefie klimatycznej. Czy wszystkie nietoperze z tego gatunku odlatują na zimę w cieplejsze okolice, czy też część z nich pozostaje u nas, ale wyjątkowo dobrze się ukrywa?

Wspólnota mieszkaniowa

Wszystkie gatunki borowców chętnie dzielą swoje kryjówki letnie z innymi gatunkami nietoperzy, przy czym najbardziej lubią towarzystwo innych nyctalusów, np. borowce wielkie często zajmują wspólną dziuplę z borowiaczkami albo borowcami olbrzymimi. Z przedstawicieli innych rodzajów najczęstszym współlokatorem borowców jest nocek rudy. Ale notowano też mieszane kolonie borowca olbrzymiego i karlika malutkiego. Jak widać nietoperze te świetnie się dogadują, mimo kolosalnej różnicy wielkości – jeden olbrzym może ważyć więcej niż... 20 karlików!

Trzeci z rodzimych borowców – borowiec olbrzymi (Nyctalus lasiopterus) to, jak na europejskie warunki, nietoperzowe monstrum. Z rozpiętością skrzydeł dochodzącą do 45 cm jest największym latającym ssakiem naszego kontynentu. Tylko czy na pewno występuje on na stałe w Polsce? W każdym razie temu niezwykłemu, niemal legendarnemu gatunkowi warto poświęcić więcej uwagi, niż wynika to z jego pozycji w krajowej faunie. Tak naprawdę do końca nie wiadomo, czy ktokolwiek kiedykolwiek borowca olbrzymiego w Polsce widział. Jedyne stuprocentowo pewne stwierdzenie pochodzi z okolic Konina. Tyle że znaleziono tam jedynie czaszkę tego nietoperza w wypluwce płomykówki. Sowa ta nie lata na duże odległości, dlatego można przyjąć za pewnik, że upolowała pechowego lasiopterusa w granicach naszego kraju, a nawet w pobliżu miejsca, gdzie znaleziono jej wypluwkę.

Druga informacja o borowcu olbrzymim w Polsce pochodzi spod Krakowa, gdzie w kolonii borowców wielkich odłowiono osobnika „wyraźnie większego od innych”. Biorąc pod uwagę ogromne doświadczenie i wiedzę autora stwierdzenia (nieżyjącego już prof. Harmaty), jednego z najwybitniejszych przedstawicieli polskiej chiropterologii, zapewne był to borowiec olbrzymi, jednak znak zapytania pozostaje (nietoperz np. nie został zmierzony), tym bardziej że borowce wielkie odznaczają się dużą rozpiętością rozmiarów ciała. Możliwe, że borowce olbrzymie w Polsce żyją, zwłaszcza że notowano je na Słowacji, Ukrainie, Białorusi i w Niemczech, choć nie można wykluczyć, że nietoperz spod Konina zapuścił się na nasz teren podczas sezonowej wędrówki. O przelotach „olbrzymów” na razie prawie nic nie wiadomo, jednak przypuszcza się, że tak jak ich krewniacy, migrują na znaczne odległości.

Łowcy ptaków

Borowce olbrzymie jako jedyne europejskie nietoperze mogą zabijać ptaki i żywić się ich mięsem. Jak dotąd udowodniono im zjadanie rudzików, modraszek i świstunek leśnych. Czy polują na nie aktywnie czy też chwytają je w skrzynkach lęgowych lub dziuplach? A może stosują obydwie metody? Tego na razie nie wiadomo.

Borowiec olbrzymi jest w ogóle jednym z najsłabiej poznanych nietoperzy naszego kontynentu. Zamieszkuje głównie stare lasy południowej i wschodniej Europy (przede wszystkim kraje śródziemnomorskie i Rosję), ale wszędzie, gdzie występuje, jest rzadki.

Mimo stosowania różnych metod badawczych (m.in. obrączkowania) wciąż niewiele wiemy o biologii borowców olbrzymich

Mimo stosowania różnych metod badawczych (m.in. obrączkowania) wciąż niewiele wiemy o biologii borowców olbrzymich
Fot. Ana G. Popa-Lisseanu

Najważniejszym zagadnieniem z punktu widzenia ochrony borowców jest zachowanie ich siedlisk, czyli przede wszystkim starych lasów liściastych i mieszanych. Przy obecnym kierunku gospodarki prowadzonej w lasach można przypuszczać, że leśne brązowe stworki będą miały się dobrze. W przypadku borowców wielkich (miejmy nadzieję, że miasta nie spodobają się borowiaczkom!) dochodzi jeszcze ogromny problem ocieplania bloków. Nie ma tu wprawdzie mowy o zagrożeniu gatunku, ale chodzi o zapobieganie śmierci zwierząt, w dodatku w niewyobrażalnych męczarniach i stresie. Najlepiej byłoby przekonać je, żeby wróciły do lasów, ale chyba nieprędko ktoś znajdzie na to sposób. A co do borowca olbrzymiego, to faktu, że prawie (lub w ogóle) go u nas nie ma, nie można traktować jako zjawiska negatywnego. Nasz kraj leży właściwie poza jego zasięgiem i... trzeba się z tym pogodzić.

Borowce to kolejny przykład na to, że nawet w XXI wieku, przy bardzo już zaawansowanych technikach używanych przez naukowców, latające ssaki mają przed nami wciąż wiele tajemnic. Kiedy (i czy w ogóle?) np. ktoś w Polsce znajdzie zimującego borowiaczka, złapie żywego borowca olbrzymiego albo wyjaśni zagadkę ich wędrówek? Borowce mogą dostarczyć badaczom nietoperzy jeszcze wielu emocji.

Radosław Jaros

  1. Młodsi czytelnicy mogą nie wiedzieć, co to takiego, odsyłamy więc do słowników.
  2. Koziołek to wyrostek skórny znajdujący się w uszach większości naszych nietoperzy, prawdopodobnie odgrywający rolę w procesie echolokacji.


Dusiciel ze słonecznej polany

Zabija sprawnie i po cichu. Nie musi ukrywać się pod osłoną nocy. Ba! Tropi swą zdobycz wręcz w pełnym słońcu! Nie jest demonem prędkości, nadrabia to sprytem i cierpliwością. Jego ofiary nie są przypadkowe – dobiera je precyzyjnie i wg określonych zasad. Trudno go złapać czy choćby nawet wyśledzić. Można by pomyśleć, że to portret seryjnego zabójcy. Na szczęście policja nie musi go poszukiwać, natomiast chyba każdemu przyrodnikowi w Polsce wielką radość sprawiłoby zobaczenie go w terenie.

Mimo ogólnego podobieństwa do żmii, u gniewosza jest wyraźnie widoczna okrągła źrenica

Mimo ogólnego podobieństwa do żmii, u gniewosza jest wyraźnie widoczna okrągła źrenica
Fot. Biopix.dk

Gniewosz plamisty (Coronella austriaca), mimo swej groźnie brzmiącej nazwy, nie jest niebezpieczny dla człowieka. Jest gatunkiem rzadkim, ginącym praktycznie w całej środkowej Europie (nie bez przyczyny znalazł się także w Polskiej czerwonej księdze zwierząt z kategorią VU – gatunek wysokiego ryzyka, narażony na wyginięcie). Trudno go więc spotkać, tym bardziej że unika kontaktu z człowiekiem.

Wracając do rysopisu poszukiwanego... W budowie jego ciała trudno się doszukiwać jakichś szczególnie charakterystycznych cech. Jest rzeczą ogólnie znaną, że wszystkie węże są pod tym względem do siebie podobne – są długie. Długość ciała w stosunku do wysokości czy szerokości jest parametrem wybitnie dominującym. Przyglądając się jednak bliżej poszczególnym gatunkom, można te proporcje scharakteryzować. Oczywiście zawsze pozostają także wymiary bezwzględne. One jednak w dużej mierze zależą od wieku osobnika, a także od czynników subiektywnych – zależnych od sytuacji czy warunków obserwacji. W przypadku węży zazwyczaj nasze opisy dodają im centymetrów, co jest prawdopodobnie wynikiem naszej skłonności do wyolbrzymiania zagrożenia (nawet jeśli jest całkowicie wyimaginowane).

Ile ich jest?

W ramach rodzaju Coronella wyróżnia się obecnie trzy gatunki węży. W Europie można spotkać gniewosza plamistego (Coronella austriaca) i gniewosza południowego (C. girondica). Trzeci gatunek – gniewosz indyjski (Coronella brachyura) – występuje jedynie w północnych Indiach.

Gniewosz należy do węży o smukłej, delikatnej budowie ciała. W Polsce jego maksymalna długość rzadko osiąga 90 cm. Najczęściej obserwuje się dojrzałe osobniki o rozmiarach 50–70 cm. Głowę ma smukłą, niewyodrębnioną od reszty ciała (w przeciwieństwie np. do żmii zygzakowatej). Tułów gniewosza jest w przekroju okrągły i przechodzi w ogon płynnie, bez wyraźnej granicy. Łuski ma gładkie, połyskujące. Prawdopodobnie właśnie te cechy zadecydowały o tym, że w większości krajów Europy gatunek ten nosi nazwę węża gładkiego. Co do ubarwienia, sytuacja jest już mniej oczywista. W literaturze często opisuje się ciemną plamę w kształcie podkowy, występującą na tylnej części głowy i karku. Często jednak obok tekstu znajdują się zdjęcia, które jakby zaprzeczają takiemu jednoznacznemu stwierdzeniu. Rzeczywiście część gniewoszy ma taką plamę, jednak jest też spora grupa osobników, u których przyjmuje ona postać trójkąta, serca lub rozmaite inne regularne bądź mniej regularne kształty. Plama ta przechodzi w dwie lub cztery równoległe linie, utworzone z plam ciągnących się wzdłuż całego ciała. Rzadko jednak możemy obserwować zupełnie wyprostowanego węża. W końcu nie bez przyczyny określa się kształt przedmiotu czy linii jako „wężowaty”. Tak więc te niby symetryczne i równoległe rzędy plam na ciele gniewosza w rzeczywistości również są wężowate, tak jak jego ciało, i mogą niewprawnemu obserwatorowi przypominać wstęgę kainową żmii (zobacz: Wszystko, co chcecie wiedzieć o żmii, a boicie się zapytać - SALAMANDRA 1/2007). Jak się możemy domyślić, jest to spory problem dla gniewosza, gdyż automatycznie przejmuje on sporą część wrogości ludzi, która skierowana jest pod zupełnie inny adres. Podstawowa barwa grzbietu gniewosza to zazwyczaj kolor beżowy, popielaty, jasnobrązowy. Po stronie brzusznej jest ceglasto-rudy, żółtawy lub kremowy. Do dziś w Polsce używa się często nazwy oddającej kolorystykę tego gatunku – miedzianka. Aby opis wyglądu zewnętrznego był pełny, warto wspomnieć o charakterystycznej, niemal czarnej linii, ciągnącej się od nozdrza przez oko. W oku zaś wyraźnie widać okrągłą źrenicę. Podsumowując: kształt głowy, kształt źrenicy i połyskująca łuska to cechy, dzięki którym powinniśmy dość łatwo i szybko odróżnić gniewosza od żmii.

Różnice płci

Odróżnienie samca od samicy u gniewosza plamistego nie jest rzeczą łatwą. Praktycznie jedyną zewnętrzną cechą różniącą płcie jest długość ogona. U samców osiąga on ok. 20% długości całkowitej, natomiast u samic jest krótszy – ok. 15%. Inną różnicę można zaobserwować jedynie u samic w ciąży – są one wówczas wyraźnie grubsze od samców.

Gniewosz najchętniej poluje na jaszczurki zwinki

Gniewosz najchętniej poluje na jaszczurki zwinki
Fot. Bartłomiej Najbar

Nazwa gniewosz dobrze odzwierciedla nieco awanturniczą naturę tego węża, ujawniającą się zwłaszcza w sytuacjach zagrożenia. Porównując go do innych naszych węży można nawet powiedzieć, że jest trochę nieporadny. Jego broń to przede wszystkim ostrożność i doskonały kamuflaż. Jeśli jednak te cechy zawiodą, pozostaje mu skuteczne odstraszenie przeciwnika. Być może wówczas przydaje mu się podobieństwo do jadowitej kuzynki? Pozorowane lub kończące się ukąszeniem ataki, charakterystyczne rozdziawianie paszczy, wraz z przedziwnym ruchem żuchwy przypominającym nieco przeżuwanie, z pewnością potrafią zniechęcić potencjalnego napastnika. W przypadku schwytania, zachowuje się jednak jak tchórz, czy może, by zaproponować bardziej adekwatne porównanie – jak zaskroniec (zobacz: Pogromca żab - SALAMANDRA 2/2007), gdyż tak jak on potrafi pozbyć się cuchnącej cieczy z gruczołów analnych. Mimo tych wszystkich metod obrony, gniewosz bywa urozmaiceniem diety bardzo wielu zwierząt, poczynając od ptaków drapieżnych, poprzez łasice, gronostaje, tchórze, kuny, lisy, jeże, aż po płazy – bowiem młode gniewosze są niewiele większe od dżdżownicy. Sporym zagrożeniem dla młodych są także dorosłe gniewosze. Zjawisko kanibalizmu, choć może nie zawsze dla nas zrozumiałe, jest u tego gatunku dość powszechne. Dotyczy zarówno samców, jak i samic. Zresztą można powiedzieć, że wąż ten specjalizuje się w pożeraniu „krewniaków” z własnej systematycznej gromady. Jego ofiarami najczęściej padają te gady, które z nim współwystępują w danym siedlisku. W Polsce prawdopodobnie najczęstszą jego ofiarą bywa jaszczurka zwinka. Nie dziwi to, gdyż preferencje siedliskowe tego gatunku są chyba najbardziej zbliżone do upodobań gniewosza. Rzadziej gniewosz poluje na padalce, jaszczurki żyworodne czy zaskrońce. Oczywiście żywi się także innymi zwierzętami – można powiedzieć, że praktycznie wszystkim, co się rusza i jest mniejsze od maksymalnego rozwarcia jego paszczy: owadami, pajęczakami, ślimakami, drobnymi ssakami i ich miotami itp. Jednak w przypadku dostępności wystarczającej liczby gadów, pozostałe zwierzęta stanowią znikomy odsetek w jego diecie.

Walka na śmierć i życie

Zbliżenie samca z samicą również może przypominać walkę – samiec splata się z samicą jednocześnie przytrzymując ją pyskiem w okolicy szyjnej

Zbliżenie samca z samicą również może przypominać walkę – samiec splata się z samicą jednocześnie przytrzymując ją pyskiem w okolicy szyjnej
Fot. Bartłomiej Najbar

W okresie godowym gniewne usposobienie gniewoszy potrafi się przejawiać w licznych starciach i potyczkach samców w walce o rewiry. Niekiedy są one tak zaciekłe, że trwają aż do śmierci jednego z walczących osobników.











Ciekawy jest również sposób polowania i chwytania ofiar. Gniewosze polują aktywnie. Bezszelestnie przemierzają swe rewiry łowieckie, namierzając ofiarę. Kiedy już na nią natrafią, zbliżają się powoli, a gdy podpełzną dostatecznie blisko, atakują gwałtownym wyrzutem przedniej części ciała. Starają się chwycić ofiarę za pysk, a następnie szybko się wokół niej owinąć. Ma to na celu jej obezwładnienie, zniechęcenie do walki lub wręcz pozbawienie życia przez zaduszenie. Tak przygotowany posiłek trafi a prosto do przełyku węża. Naszego bohatera można więc nazwać dusicielem!

Gniewosz rzadko opuszcza swe rewiry – wśród roślinności czuje się najbezpieczniej. Na ścieżce czy drodze jest praktycznie bezbronny.

Gniewosz rzadko opuszcza swe rewiry – wśród roślinności czuje się najbezpieczniej. Na ścieżce czy drodze jest praktycznie bezbronny.
Fot. Biopix.dk

Znamienny jest fakt, że praktycznie wszędzie w literaturze gniewosz plamisty opisywany jest jako gatunek ciepłolubny. Wybiera stanowiska dobrze nasłonecznione, silnie nagrzewające się, porośnięte niską bądź krzewiastą roślinnością. Takie warunki idealnie spełniają południowe stoki gór, wapiennych wzgórz itp. Jeśli wąż ten występuje na obszarach leśnych, wówczas wybiera polany, poręby – najczęściej w suchych, świetlistych borach. Prawdopodobnie jednak jest to dla niego siedlisko wtórne, powstałe na skutek sukcesji – zarastania niegdyś bardziej otwartych przestrzeni. Tak wysoki stopień specjalizacji, zarówno w doborze ofiar, jak i siedliska, może stanowić podstawową przyczynę obecnej złej sytuacji tego gatunku. Zanikanie resztek populacji spowodowane jest przede wszystkim zmianami w siedliskach – ich fragmentacją i degradacją. Zmiany te uderzają też w stan populacji podstawowego pożywienia gniewosza – jaszczurki zwinki, co dramatycznie potęguje ich negatywne oddziaływanie. Jak wykazują dotychczasowe doświadczenia, próby reintrodukcji czy sztuczne wspomaganie rozrodu gniewosza w praktyce nie zdają egzaminu. W przeciwieństwie do większości gadów, wąż ten jest jajożyworodny (zobacz: Wszystko, co chcecie wiedzieć o żmii, a boicie się zapytać - SALAMANDRA 1/2007), tak więc pozyskiwanie jaj i inkubowanie ich w optymalnych warunkach, tak jak się to często robi na świecie w przypadku innych zagrożonych gadów, nie wchodzi w grę. Doprowadzenie do rozrodu gniewosza w terrarium jest z kolei niebywale trudne, gdyż jest to zwierzę niezwykle wrażliwe, źle tolerujące sztuczne warunki i kontakt z człowiekiem. Wydaje się, że jedyną drogą do poprawy kondycji jego populacji jest zadbanie o właściwy stan siedlisk na stanowiskach, w których gatunek ten jeszcze egzystuje.

Wydawałoby się, że w dobie ocieplania się klimatu i stepowienia obszaru Polski, sytuacja gniewosza powinna zacząć się stopniowo poprawiać. Niestety zjawiskom tym towarzyszą również liczne anomalia pogodowe – np. późne przymrozki i gwałtowne ulewy. Z pewnością mogą one mieć duży wpływ szczególnie na rozrodczość i młode pokolenie gniewoszy. Na wielu stanowiskach w Polsce obserwuje się obecnie dorosłe osobniki przy niemal zupełnym braku młodzieży. Nie jest znana dokładna przyczyna takiego stanu rzeczy, jednak z pewnością nie wróży to nic dobrego. Myślę, że gniewosz mógłby się na nas pogniewać za to, co mu robimy, lub za to, czego nie robimy w jego sprawie. Pozostaje jednak liczyć, że nie jest pamiętliwy...

Michał Stopczyński

Wybór numeru

Aktualny numer: 1-2/2019

Aktualny numer