Polskie Towarzystwo Ochrony Przyrody „Salamandra”
 

Lemury we mgle

Jeśli znajdziemy na Madagaskarze skrawek względnie nietkniętej przyrody i uważnie mu się przyjrzymy, to niemal na pewno dostrzeżemy tam coś, czego do tej pory nikt jeszcze nie opisał. Problem w tym, że takich spłachetków jest bardzo mało i w zastraszającym tempie znikają. Jakież na tej wyspie musiało być przyrodnicze bogactwo, zanim pojawił się szkodnik wszechczasów – Homo sapiens! Jedną z oaz, na których zachowało się wiele gatunków endemicznych, jest niechroniony do tej pory i nieobjęty wcześniej żadnymi badaniami, liczący niespełna 1,5 tys. ha fragment lasu deszczowego na szczytach małego pasma górskiego w południowo-wschodniej części wyspy. Od setek, a być może tysięcy lat jest on izolowany od innych tego typu lasów. W ubiegłym roku zostaliśmy poproszeni o pomoc w jego przebadaniu.

Palczak to najtrudniejszy do zaobserwowania gatunek lemura. W madagaskarskich lasach pełni funkcję dzięcioła, wyjadając larwy owadów z pni drzew

Palczak to najtrudniejszy do zaobserwowania gatunek lemura. W madagaskarskich lasach pełni funkcję dzięcioła, wyjadając larwy owadów z pni drzew

Lesie – nadciągamy!

Drugiego dnia jazdy z oddalonego w linii prostej o niespełna 170 km Parku Narodowego Ranomafana, koło południa, kolumna pięciu samochodów terenowych zjechała z wyboistej drogi gruntowej Ihosy–Ivohibe i zatrzymała się w cieniu rozłożystego mangowca w środku wioski. Dalsza trasa to plątanina ścieżek wydeptanych przez ludzi i zebu. Aby trafić na właściwe, niezbędna jest pomoc lokalnego przewodnika. Po krótkich negocjacjach dwóch mieszkańców wioski zgodziło się poprowadzić naszą ekspedycję przez falujące na wietrze morze azjatyckich traw, porastających wyjałowiony przez wypalanie i wypas płaskowyż. Strumyki i mokradła, które piesi i bydło przechodzą bez większego trudu, naszym samochodom udawało się pokonać jedynie dzięki wzajemnemu wyciąganiu się i wspólnej pracy wszystkich członków ekipy. Tego dnia mieliśmy do pokonania „zaledwie” ok. 70 (lotem ptaka o połowę mniej) kilometrów, a zajęło nam to prawie 10 godzin. Po zachodzie słońca dotarliśmy do osady Ivohibory u podnóża niewielkiego, osamotnionego łańcucha górskiego w południowo-wschodniej części Madagaskaru. Przywitał nas szef wioski – postawny mężczyzna po trzydziestce, w słomkowym kapeluszu. Po wymianie grzeczności zostaliśmy zaproszeni na negocjacje do domu wodza. W mrocznym wnętrzu oświetlanym tylko wątłym światłem ledowej lampki, zasilanej z chińskiego panelu słonecznego, usiedliśmy na wyściełającej podłogę macie z palmowych liści pod wschodnią ścianą – w miejscu tradycyjnie zarezerwowanym dla gości. Całą pozostałą przestrzeń zajęła starszyzna, czyli na oko mężczyźni w wieku 20+.

Po kurtuazyjnych przemówieniach rozpoczęły się ostre targi. Chcemy wejść do „ich lasu”? A co oni z tego będą mieli? Pomimo wygórowanych oczekiwań udało się dobić targu. Obejmował on także pomoc 112 tragarzy (czyli wszystkich mieszkańców wioski będących w stanie coś unieść) we wniesieniu naszego ekwipunku na górę, do lasu. Aby przypieczętować umowę dostaliśmy dość kłopotliwy dar – starego capa, który przez całą noc przeraźliwie beczał.

Noc spędziliśmy w namiotach, które rozbiliśmy na głównym placu wioski. Nazajutrz, wczesnym popołudniem po kilku godzinach marszu, korowód naukowców, przewodników, tragarzy i czuwających nad naszym bezpieczeństwem dwóch żandarmów dotarł do położonego na wysokości ok. 1400 m n.p.m. skraju lasu deszczowego kojącego oczy soczystą zielenią i cieszącego uszy głosami rozlicznych ptaków. Ten las przetrwał dzięki prawom fizyki. Gdy przemieszczające się nad płaskowyżem masy powietrza natrafiają na pasmo górskie, muszą się podnieść. Na górze powietrze się ochładza, para wodna skrapla i spada w formie deszczu. Rośnie tu zatem nasączony wodą las deszczowy, a nie suchy las kolczasty, występujący niegdyś wszędzie dookoła. Taka dżungla nie płonie zbyt łatwo – przetrwała więc pożary pustoszące i wyjaławiające region. A na samotnej wysepce lasu przetrwały także unikatowe, zamieszkujące ją gatunki...

Miało być słonecznie

Czerwiec to na Madagaskarze chłodna, ale sucha pora roku. Obóz rozbiliśmy na obszernej polanie na skraju lasu. Kilkanaście metrów dalej sączył się strumyk – nasze źródło wody koloru herbaty. Plan był prosty – przez ponad dwa tygodnie wszyscy członkowie zespołu poszukują, rozpoznają i dokumentują obecność „swoich” grup organizmów. Byli wśród nas prymatolodzy (troje badaczy lemurów z USA, Kanady i Wielkiej Brytanii), herpetolog (również z USA), my, czyli polscy chiropterolodzy z pewną znajomością porostów i mszaków, oraz kilku botaników i zoologów – malgaskich naukowców i ich pomocników z Centre ValBio w Ranomafanie. Do naszej dwuosobowej sekcji dołączył Jean Claude Rakotonirina – młody, pracowity ornitolog, Malgasz mówiący po angielsku, i dwóch lokalnych chłopaków, z którymi można było porozumieć się tylko malgaszczyzną. Harmonogram dnia wyglądał obiecująco. Od rana do południa – zbieranie mszaków i porostów. Po południu – etykietowanie i suszenie zbiorów, rozstawianie sprzętu do odłowów nietoperzy, poszukiwania i kontrola jaskiń oraz innych potencjalnych schronień tych zwierząt. Od zachodu słońca do wschodu – odłowy nietoperzy oraz nasłuchy detektorowe (nagrania), po śniadaniu – znów mszaki, porosty i tak dalej... Przez resztę czasu mogliśmy się wylegiwać.

Nasz sprzęt okazał się bardzo przydatny przy pomiarach i pobieraniu próbek DNA wszystkich odłowionych ssaków

Montaż detektora ultradźwięków z rejestratorem na gałęzi nad potokiem. Z tego miejsca mamy najwięcej nagrań

Pierwszym zadaniem było ustawienie na skraju lasu sieci do chwytania wysoko latających nietoperzy. Gdy przesyłaliśmy wcześniej organizatorom rysunki 12-metrowych tyczek, myśleliśmy o wykorzystaniu np. grubych łodyg bambusa. Ale okazało się, że stalowe rury hydrauliczne łączone kolankami były łatwiejsze do zdobycia i całkiem dobrze się sprawdziły. Wysokie metalowe maszty z odciągami przetrwały wszystkie nawałnice, a dzięki fałom i kontrafałom sieci śmigały po nich może nie gładko, ale skutecznie. Za dnia sieci te przydawały się do odłowu ptaków, a nocą przynosiły nam interesujące dane nietoperzowe. Latający najczęściej wśród roślinności i blisko ziemi trójpłatnik madagaskarski (Triaenops menamena) schwytał się w najwyższy i najbardziej oddalony od lasu narożnik jednej z takich sieci. Udało nam się w nią złapać także myszogonka madagaskarskiego (Otomops madagascariensis). Do tej pory na całej wyspie znanych było tylko dziewięć miejsc występowania tych nietoperzy – wyłącznie w pobliżu wapiennych jaskiń i poniżej 1000 m n.p.m. Tymczasem te góry są zbudowane z kwarcytu, a odłowu dokonaliśmy ok. 500 m wyżej i ok. 150 km od najbliższego znanego stanowiska tego gatunku.

Stawianie sieci pierwszego popołudnia odbywało się w promieniach zachodzącego słońca. Co prawda od wschodu nadciągały chmury, ale wówczas specjalnie się nimi nie przejmowaliśmy. Na pogodę rady nie ma. Zmiany klimatu dają się na Madagaskarze mocno we znaki, a pory roku stały się dość nieprzewidywalne, dlatego przez kolejne dwa tygodnie (czyli cały nasz pobyt na górze) słońce zobaczyliśmy tylko kilka razy. Najczęściej las i nasza polana były zanurzone w gęstej mgle, a właściwie w chmurach. Jeśli nie padało (a lało często), to i tak wszechobecna wilgoć osadzała się na wszystkim, a szczególnie chętnie na naszych sieciach. Z prawie niewykrywalnych dla sonarów nietoperzy pajęczych siatek zmieniały się one w doskonale odbijające ultradźwięki wodne kurtyny. Nic więc dziwnego, że mimo prób przywabiania tych zwierząt za pomocą emiterów ultradźwięków, na ogół pozostawały doskonale puste. Podczas całej wyprawy mieliśmy łącznie półtorej nocy z dobrymi warunkami do chwytania nietoperzy.

Ale wyniki są!

Oczywiście odłowy w sieci to nie jedyna metoda badań nietoperzy. Mogliśmy np. nagrywać ich głosy za pośrednictwem specjalnych detektorów ultradźwięków. Jednak podczas deszczu lub przy wietrze osiągającym do dziewięciu stopni Beauforta nietoperze nie latają, a gęsta mgła silnie tłumi rozchodzenie się ultradźwięków. Jak na te warunki uzyskaliśmy bardzo ciekawe wyniki. Poza gatunkami wspomnianymi wyżej, odłowiliśmy i nagraliśmy także sporo podkasańców (Miniopterus sp.). Obecnie wyróżnia się na Madagaskarze co najmniej 18 gatunków z tego rodzaju. Niektóre są tak do siebie podobne, że bez badań molekularnych bardzo trudno je rozróżnić. Dlatego w wypadku odłowionych przez nas przedstawicieli tego rodzaju, choć mamy swoje typy, z podaniem ich przynależności gatunkowej wolimy poczekać na wyniki badań DNA.

Czasem koło południa pokrywa chmur rzedła, odsłaniając piękny widok

Mikruski to najmniejsze naczelne świata. Do tej pory opisano ich ponad 20 gatunków. Wszystkie są do siebie bardzo podobne

To była już druga wyprawa do tego nieznanego lasu. Poprzednia, w której nie uczestniczyliśmy, badała jego północną część, „należącą” do innej wioski. Tam odkryto wielką, pełną nietoperzy jaskinię. Mieliśmy duże nadzieje związane z jej przebadaniem. Niestety wyprawa do tamtej części lasu okazała się niemożliwa. Wymagałaby najpierw wizyty w tej drugiej wiosce (dwa dni podróży), kolejnych negocjacji itp. Szukaliśmy więc jaskiń w południowej części gór. Początkowo bez skutku. Lokalni przewodnicy zapewniali nas, że tu jaskiń nie ma... Aż któregoś dnia jeden z przewodników pomagających badać lemury przyniósł do obozu kieszenie pełne nietoperzy! Na szczęście żywych. Okazało się, że znalazł niewielką jaskinię, w której według jego zapewnień było kilkaset tych zwierząt. Gdy do niej dotarliśmy, było ich już tylko kilkanaście, z dwóch gatunków. Chęć przyniesienia „dowodu” przez nadgorliwego znalazcę skutecznie przepłoszyła większość zwierząt. Botanicy znaleźli także inną małą jaskinkę – w niej były tylko cztery nietoperze.

Na szczęście mchy i porosty przed deszczem nie uciekają! A było ich tam mnóstwo. Wystarczyło wybrać typ siedliska i w promieniu 10 metrów można było zbierać próbki przez kilka godzin. Wszystkie maksymalnie nasączone wodą. O suszeniu w tych warunkach można było zapomnieć. Mimo to udało się zabezpieczyć kilkaset próbek i obecnie trwa ich oznaczanie przez specjalistów z Uniwersytetu Gdańskiego i Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. Wstępne informacje wskazują, że listy gatunków będą długie...

Na mchach i porostach żyją różne stworzenia, np. niesporczaki. Dr hab. Łukasz Kaczmarek z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu wspólnie ze studentami dokładnie przepłukał część z przywiezionych przez nas zbiorów zielnikowych i wyłowił z nich kilkadziesiąt gatunków tych niezwykle odpornych zwierzątek. W efekcie lista gatunków niesporczaków znanych z Madagaskaru co najmniej się potroiła (ich oznaczanie wciąż trwa – w tym z wykorzystaniem hodowli oraz badań DNA). Jest wśród nich także kilka taksonów do tej pory zupełnie nieznanych. Zastanawiamy się, jakie nadać im nazwy. Jeden z pewnością otrzyma epitet gatunkowy wrightae – na cześć Patricii Wright, specjalistki od lemurów, która od dziesięcioleci bada i stara się chronić przyrodę Madagaskaru. To ona zorganizowała i prowadziła tę ekspedycję.

Niesporczak z rodzaju Echiniscus i jego jajo (nowo odkryty gatunek)
Fot. Łukasz Kaczmarek

Patricia i jej współpracownicy – badacze lemurów – mieli tym razem nieco mniej szczęścia od nas. Podczas poprzedniej wyprawy zaobserwowali dwa gatunki lemurków (Cheirogaleus spp.), w tym jeden być może nowy dla nauki (lub znany, ale uważany za wymarły), a za pomocą fotopułapek nagrali lemury katta (Lemur catta), co jest pierwszą obserwacją tego raczej sucholubnego gatunku w lesie deszczowym. Znaleźli także ślady żerowania palczaka madagaskarskiego (Daubentonia madagascariensis), znanego też pod nazwą aj-aj. Mieli nadzieję, że tym razem uda się odłowić któreś z tych zwierząt lub przynajmniej znaleźć odchody, co umożliwiłoby przeprowadzenie badań genetycznych. Niestety – lemury skutecznie schowały się we mgle i mimo dwóch tygodni intensywnych poszukiwań nie udało się ich odnaleźć. Za to odłowiono kilka osobników mikruska (Microcebus sp.) – bardzo możliwe, że także z nieznanego do tej pory gatunku.

Po co tyle trudu?

Nie sposób w stosunkowo krótkim artykule opisać, co udało się odnaleźć w tym niezwykłym lesie. Poza opisanymi wyżej gatunkami były tam przeróżne płazy i gady, niezwykłe ptaki (w tym gatunki związane z pierwotnymi lasami deszczowymi), kilka gatunków gryzoni... Oczywiście mnóstwo owadów (tylko jeden gatunek pijawek – za to bardzo dokuczliwy) i wielkie bogactwo roślin (np. różne storczyki czy drzewiaste paprocie). A także ślady bytności człowieka – od śladów wypasu bydła, przez tradycyjne groby we wspomnianej wyżej jaskini, po pozostałości po nielegalnie wyciętych kilka lat temu ogromnych palisandrach...

Niestety – na Madagaskarze od dawna nie ma już miejsc, w które nie dotarłby człowiek ze swoją działalnością. Jeśli chcemy zachować pozostałości tutejszych przyrodniczych skarbów, trzeba do ich ochrony przekonać społeczność lokalną. I taki cel przyświeca organizatorom tych badań z Centre ValBio. Chcieliby tu stworzyć rezerwat pod opieką mieszkańców pobliskich osad. Już kilka takich funkcjonuje na wyspie – jedne lepiej, inne gorzej. Im większe korzyści odnoszą sąsiednie wioski z obecności obszaru chronionego, tym mniejsza jest zwykle presja na silną eksploatację jego zasobów (wycinkę drzew, polowanie na zwierzęta). Takie korzyści mogą przynieść tylko turyści i – w mniejszej skali – naukowcy. Stąd pomysł utworzenia tu stacji badawczej, a w przyszłości być może także bazy turystycznej dla osób szczególnie zainteresowanych przyrodą. Najpierw jednak trzeba poznać główne walory tego obszaru, by mieć argumenty dla sponsorów oraz wiedzieć, jak i gdzie można planować szersze udostępnienie.

Głosy echolokacyjne myszogonków są tak niskie, że wielu ludzi jest w stanie usłyszeć je bez detektora

Na jednej małej gałązce można znaleźć kilkanaście gatunków mszaków i porostów

Wyprawę zorganizowano m.in. dzięki grantom Fundacji National Geographic oraz Rainforest Trust. Dzięki temu wsparciu można było pokryć nie tylko koszty samej ekspedycji (np. transport, wynegocjowane wsparcie dla sąsiedniej wioski i opłaty dla tragarzy), ale i przeloty na Madagaskar niektórych badaczy (w tym nasze). Uczestniczyliśmy w badaniach nieodpłatnie, jednak konieczne były dodatkowe zakupy, np. sprzętu i materiałów, ubezpieczenia, wiz... Kierując się doświadczeniami z naszej poprzedniej wyprawy badawczej do Kenii, poprosiliśmy o wsparcie miłośników przyrody za pośrednictwem internetowego serwisu finansowania społecznościowego OdpalProjekt.pl. Espedycję wsparły dziesiątki osób i kilka firm (patrz ramka). Dodatkowo niektórzy badacze i miłośnicy nietoperzy pożyczyli część niezbędnych urządzeń badawczych, co znacząco obniżyło koszty. Bardzo dziękujemy!

Mimo trudnych warunków pogodowych nasze wyniki są bardzo obiecujące: przy bardziej sprzyjającej aurze może być jeszcze więcej odkryć. Zostaliśmy więc zaproszeni do udziału w kolejnej ekspedycji do tego wciąż względnie dziewiczego lasu. Termin nie jest jeszcze znany.

Tekst i zdjęcia: Andrzej i Marta Kepelowie
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udział badaczy z „Salamandry” w ekspedycji wsparli sponsorzy strategiczni:
- Animal Sound Labs Paweł Federowicz,
- Biuro Badań, Monitoringu i Ochrony Przyrody „EcoFalk” Michał Falkowski,
- Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA
oraz liczni indywidualni darczyńcy: Ewa Bajwoluk, Magdalena Barczyk, Rafał Bartoszewski, Magdalena Bembista, Konrad Bidziński, Joanna Bogdanowicz, Małgorzata Brok, Anna Chmura, Arnold Cholewa, Piotr Chybowski, Adam Dobrowolski, Andrzej Dylik, Grzegorz Hebda, Leszek Hoffmann, Martyna Jankowska-Jarek, Dorota i Wojciech Juda, Łukasz Kaczmarek, Magdalena Kepel, Filip Kierzek, Bartosz Knapik, Małgorzata Kokot, Teresa Krynicka-Więckowska, Wojciech Krynicki, Dominik Kubicki, Wojciech Lisiecki, Milena Makuchowska, Ewa i Michał de Mezer, Tomasz Nakonieczny, Przemysław Nawrocki, Piotr Nieznański, Iwona Pawlak, Anna Płotka, Anna Popiołek, Joanna Raczyńska, Wiesława Raczyńska-Nawrocka, Aleksandra Rencz-Pasierb, Alain Rosolo, Rafał Ruta, Henryk Sienkiewicz, Hanna Skowrońska, Dorota Synowiecka, Marta Świtała, Marek Waligórski, Krzysztof Wawrowski, Jan Więckowski, Michał Więckowski, Janusz Wojciechowski, Michał Wojciechowski, Małgorzata Wójcik, Julia Złośnica i kilka osób anonimowych,
a także firmy: ALLFLEX Polska sp. z o.o., ECOTONE Goc, Iliszko, Meissner sp.j., KESTREL Jacek Betleja oraz sklep edredon.com.pl.
Bardzo dziękujemy!

Skróty ze świata nauki

Papugi groźne dla nietoperzy

Amatorska hodowla zwierząt egzotycznych może być źródłem obcych, inwazyjnych gatunków, stwarzających poważne zagrożenie dla rodzimej fauny. Pochodząca z Afryki papuga aleksandretta obrożna (Psittacula krameri) od dłuższego czasu kolonizuje Europę Zachodnią, co stało się możliwe dzięki osobnikom zbiegłym z niewoli. W wielu parkach miejskich Anglii czy Holandii spotkać można gniazdujące w dziuplach papugi i istnieją poważne obawy, że mogą one wypierać rodzime gatunki ptaków, jak dzieje się to w Izraelu, gdzie ofiarą papuziego podboju padają dudki (Upupa epops). Okazuje się, że aleksandretty mogą również zagrażać nietoperzom. Dziuplaste drzewa w parku miejskim w Sevilli (Hiszpania) są zasiedlone przez badaną od kilkunastu lat, liczną populację borowca olbrzymiego (Nyctalus lasiopterus), największego europejskiego nietoperza, o rozpiętości skrzydeł około 45 cm. W ciągu ostatnich 14 lat liczba gniazd papug zwiększyła się dwudziestokrotnie, co pociągnęło za sobą 80-procentowy spadek liczby drzew zajętych przez nietoperze. Aleksandretty są bardzo agresywne w stosunku do borowców, wypędzają je z już zajętych dziupli, atakują, ranią, a nawet zabijają. Za ironię losu należy uznać to, że właśnie borowiec olbrzymi jest jedynym europejskim nietoperzem, który może polować na ptaki (co prawda znacznie mniejsze niż aleksandretta, bo np. świstunki, rudziki czy sikory). W 2018 roku odnotowano pierwszy przypadek lęgu aleksandretty obrożnej w Polsce, możemy więc zacząć martwić się o to, jakich szkód z powodu inwazji tych papug dozna nasza przyroda.

Posypka zamiast nadajników

Smukłonosek mały (Leptonycteris yerbabuenae) jest niewielkim nietoperzem z rodziny liścionosowatych (Phyllostomidae), o rozpiętości skrzydeł około 25 cm. Żywi się nektarem i pyłkiem, a co za tym idzie – zapyla kwiaty. Zamieszkuje pustynie Meksyku, m.in. Sonorę, a jego ulubioną rośliną jest, znany miłośnikom westernów jako obowiązkowy element scenografii, kaktus karnegia olbrzymia czyli saguaro (Carnegiea gigantea). Zespół pod kierownictwem słynnego, meksykańskiego chiropterologa Rodrigo Medellína postanowił ustalić, jak daleko od dziennej kryjówki latają smukłonoski w poszukiwaniu kwitnących kaktusów. Oczywiście nietoperzom można by założyć nadajniki radiotelemetryczne i śledzić je potem, jeżdżąc po okolicy z wyposażonym w antenę odbiornikiem. Nadajniki są jednak drogie i z pewnością nie da się założyć dużej ich liczby w krótkim czasie. Autorzy posłużyli się w tym wypadku alternatywną metodą – wylatujący z jaskini strumień około 200 tysięcy nietoperzy obsypywali, za pomocą kuchennego durszlaka, fluorescencyjnym proszkiem, świecącym w ultrafiolecie. Następnie, w kilku gajach kaktusowych w okolicy rozstawili sieci, odławiali odwiedzające kwiaty smukłonoski i oświetlali je lampą UV. Okazało się, że nietoperze docierały do gajów kaktusowych oddalonych o prawie 50 km i wracały do jaskini tej samej nocy. Zwierzęta pokonywały więc trasę o długości 100 km – to najdłuższe znane loty żerowiskowe u liścionosów.

Rzeka barierą dla ryb?

Nowe gatunki powstają w przyrodzie najczęściej w efekcie rozdzielenia pierwotnej populacji przez jakąś barierę geograficzną. Jeśli to organizmy lądowe, to barierą taką może być pasmo górskie lub cieśnina morska. Jeśli to organizmy wodne – pas lądu. Do sytuacji takiej może dojść np. jeśli dwa niepołączone jeziora bądź stawy zostaną zasiedlone wyjściowo przez jeden i ten sam gatunek albo gdy zatoka jeziora wraz z mieszkańcami zostaje odcięta od pozostałej części akwenu przez wypłycanie dna i ostatecznie jego wynurzenie się nad powierzchnię wody. Potem w genach osobników uwięzionych po obu stronach bariery (a więc niezdolnych do krzyżowania się) powoli gromadzą się mutacje – inne po każdej ze stron. Wystarczy jeszcze poczekać kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt, kilkaset tysięcy lat... i mamy dwa gatunki. Zjawisko to określa się mianem specjacji allopatrycznej. Ten klasyczny mechanizm znaleźć można w każdym podręczniku biologii ewolucyjnej czy biogeografii. Ale jak do powstania takich barier może dojść w rzece? Jednej i tej samej? Nieujarzmiona przez człowieka, nieprzegrodzona tamami rzeka wydaje się symbolem łączności ekologicznej i korytarzem dla wędrówek organizmów wodnych – przynajmniej w jedną stronę. Gdzie tam miejsce na izolację genetyczną? Jednak katarakty (progi) na afrykańskiej rzece Kongo grają właśnie taką rolę – skutecznej bariery nie tylko dla żeglugi, ale również dla ryb pielęgnicowatych z rodzaju Teleogramma. Próba przepłynięcia owych progów gwarantuje śmiałkowi przerobienie na sałatkę rybną, nic więc dziwnego, że przemieszczanie się przez nie osobników (a więc i ich genów) jest co najmniej mocno ograniczone. W ciągu zaledwie pięciu milionów lat wykształciło się tam wiele nowych gatunków, z których wszystkie są oddzielone od swoich najbliższych krewnych właśnie przez te kaskady. Zasięgi dwóch z tych gatunków oddalone są od siebie o zaledwie... 1,5 km.

Oszuści, złodzieje i pasożyty

Relacje między storczykami a owadami zapylającymi ich kwiaty bywają skomplikowane i nie zawsze obaj partnerzy takiego związku wychodzą na swoje. Często rośliny te posuwają się do oszustwa, żeby zmusić owada do przeniesienia pyłku, nie dając mu w zamian nektaru ani niczego innego, co nadawałoby się do zjedzenia. Tak działają storczyki tworzące kwiaty pułapkowe – owad wpada do wnętrza kwiatu i aby się wydostać, musi zabrać ze sobą pyłek. Inne storczyki wytwarzają warżkę (dolny płatek) w kształcie... odwłoka samicy owada. Przylatujący samiec próbuje entuzjastycznie kopulować z atrapą, na skutek czego uderza głową w prętosłup*. Skutkiem oszustwa do ciała owada zostaje przyklejona masa pyłku, tzw. pyłkowina. Czasem jednak to storczyki padają ofiarą szachrajstwa ze strony owadów, choć nieoczekiwana interwencja trzeciej strony może przekształcić tę relację w całkiem sprawiedliwą wymianę usług. W brazylijskiej dżungli małe chrząszcze ryjkowcowate z rodzaju Montella zapylają storczyki Dichaea cogniauxiana specjalnie po to, żeby zawiązały się owoce, na których będą żerować ich larwy. Samica składa jajo na znamieniu słupka w tym samym czasie, kiedy przykleja do niego pyłkowinę i doprowadza do samozapylenia. Chrząszcz stara się zapylić wszystkie kwiaty na danej roślinie i we wszystkich złożyć jaja, więc roślinie nie zostałoby nic do rozmnażania, gdyby nie... samice pasożytniczych błonkówek, które składają swoje jaja w ciałach larw ryjkowców. Z jaj tych wykluwają się larwy błonkówek, które – niczym filmowy Obcy – pożerają larwy chrząszczy od środka, eliminując część z nich. Uratowane w ten sposób owoce storczyka wydają tyle nasion, ile pochodzące ze zwykłych zapyleń przez uczciwe, chciałoby się powiedzieć, owady. Pasożyty zmieniają przynoszącego szkodę oszusta w... symbionta, dostarczającego roślinie usług niezbędnych dla przetrwania jej genów. Inny gatunek storczyka z tego samego rodzaju (Dichaea pendula) woli być zapylany tylko przez pszczoły, a owoce powstałe w wyniku zapylenia przez ryjkowce – niejako abortuje, zanim dojrzeją. Nie wszyscy są więc zainteresowani wymianą tego typu, zwłaszcza jeśli są w stanie zaoferować owadom nektar.

Świecące dzioby

Człowiek, w przeciwieństwie do wielu innych zwierząt, nie jest zdolny do widzenia w świetle ultrafioletowym. Zdolność ta umożliwia niektórym gatunkom odczytywanie informacji niedostępnych ludzkim oczom. Co więcej, wiele organizmów wykształciło na swym ciele wzory widoczne wyłącznie w ultrafiolecie, przeznaczone do odczytania przez pobratymców lub przedstawicieli innych gatunków. Wiele roślin ma takie wzory na płatkach swoich kwiatów – wskazują one zapylaczom drogę do nektaru. Ultrafioletowe wzory są również na skrzydłach wielu motyli, którym pozwalają ustalić płeć potencjalnego partnera. Ostatnio okazało się, że w świetle UV świecą też dzioby maskonurów (Fratercula arctica), gnieżdżących się na wybrzeżach północnego Atlantyku ptaków rybożernych; można je spotkać m.in. w Wielkiej Brytanii i na Islandii. Jak na mieszkańca północy maskonur jest gatunkiem o bardzo kolorowym dziobie również w świetle widzialnym i bywa z tego powodu nazywany morską papugą. Okazuje się, że znane ludziom od tysięcy lat barwy to nie wszystko, co skrywa dziób maskonura: fluorescencyjne pola widoczne również w ultrafiolecie układają się w regularny wzór. Odkrycia dokonano, gdy ornitologowi z brytyjskiego Uniwersytetu w Salfordzie nudziło się w pracy i oświetlił lampą UV ptasie zwłoki zalegające w zamrażarce. Żeby sprawdzić, czy zjawisko to występuje również u żywych ptaków, zaprojektowano specjalne okulary ochronne dla maskonurów, zabezpieczające ich oczy przed szkodliwym promieniowaniem emitowanym przez lampę. Jak dotąd nie znamy funkcji, jaką pełnią te, skryte przed naszymi oczami, wzory.

Sztuczne rośliny w służbie nauki

Okap tropikalnego lasu deszczowego to jedna z ostatnich niezbadanych przez człowieka granic na naszej planecie, a życie organizmów zamieszkujących tę podniebną krainę pozostaje do dziś kopalnią tajemnic i tematów na publikacje naukowe. Korony drzew są porośnięte przez tysiące gatunków epifitów – roślin, które wykorzystują inne rośliny jako podłoże – głównie storczyków i bromelii. Rozety liściowe tych ostatnich gromadzą wodę, tworząc miniaturowe zbiorniczki. Mają one swoich własnych mieszkańców – dowód na to, że organizmy wodne można spotkać nawet dziesiątki metrów nad ziemią. Zbiorniczki te zasiedlone są przez małżoraczki, widłonogi, wodopójki, skąposzczety, nicienie, wrotki i orzęski. Rozwój w nich odbywają larwy muchówek (komarów i ochotek), ważek, a nawet salamander i żab. Wiele tych gatunków nie występuje nigdzie indziej. Jak jednak poznać życie mieszkańców tych nadrzewnych akwariów, choćby to, w jakim tempie je zasiedlają, jak zmienia się ich skład gatunkowy w czasie, w jakich terminach przystępują do rozrodu i jakie zachowania temu towarzyszą? Dostęp do zielonego sklepienia zapewniają jedynie techniki wspinaczkowe lub zastosowanie gigantycznych żurawi, umożliwiających zawieszenie gondoli z badaczami tuż nad wierzchołkami drzew. Trudno sobie wyobrazić regularne kontrolowanie roślin co kilka dni za pomocą takich metod. I tu z pomocą przyszły... fałszywe bromelie wykonane z tworzyw sztucznych, wciągane na linie do okapu lasu tropikalnego i opuszczane ponownie. Badacze z francuskiego Uniwersytetu w Tuluzie rozmieścili w koronach lasu w Gujanie Francuskiej ponad sto takich obiektów za pomocą liny wystrzelonej z procy. Przy każdej kontroli wystarczało tylko opuścić sztuczną roślinę na ziemię, zebrać (lub odnotować) znajdujące się w wodzie zwierzęta, a następnie, za pomocą tej samej liny, podciągnąć ją z powrotem pod okap lasu. Już po trzech tygodniach zbiorniczki te były zasiedlone przez liczne zwierzęta, typowe dla rozet liściowych prawdziwych bromelii.

Opracował: Mateusz Ciechanowski
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

*) U większości roślin kwiatowych męskie narządy płciowe noszą nazwę pręcików, żeńskie zaś – słupka. Jeśli roślina jest jednopienna (tzn. każdy osobnik jest jednocześnie samcem i samicą), to oba typy narządów występują w jednym i tym samym kwiecie. U storczyków narządy te są zrośnięte w jedną strukturę – prętosłup.

Mieszkańcy krainy mgieł

Ostatnia nadzieja

Ostatnia nadzieja

Fotografią interesuję się od 2009 roku, ale dopiero od kilku ostatnich lat pochłania mnie ona bez granic i każdą wolną chwilę poświęcam tej inspirującej pasji. Jak na razie zdecydowana większość zdjęć pochodzi z moich rodzinnych stron, czyli Pojezierza Drawskiego. To niezwykle urokliwe miejsce jest dla mnie idealnym poligonem doświadczalnym i warsztatem, na którym zdobyte umiejętności wykorzystuję podczas innych wypraw fotograficznych. Mimo że głównie poruszam się w jednym regionie, to ciągle jeszcze mam tutaj coś do zrobienia. Na cały otaczający mnie świat zacząłem patrzeć przez pryzmat kadru.


Więcej w drukowanym wydaniu SALAMANDRY...

Tekst i zdjęcia: Leszek Paradowski
www.paradowski.net.pl

Miejsce żółwi

Przejrzyste wody Karaibów są jednym z najlepszych miejsc do obserwacji żółwi morskich

Przejrzyste wody Karaibów są jednym z najlepszych miejsc do obserwacji żółwi morskich

Żółwie morskie można spotkać we wszystkich ciepłych morzach świata. W przeszłości były jednak masowo zabijane i ze względu na znaczny spadek liczebności zostały uznane przez Międzynarodową Unię Ochrony Przyrody (IUCN) za grupę zwierząt zagrożonych wyginięciem. Wszystkie gatunki żółwi morskich zostały objęte Konwencją Waszyngtońską (CITES) zakazującą m.in. handlu tymi zwierzętami.


Więcej w drukowanym wydaniu SALAMANDRY...

Tekst i zdjęcia: Kaja i Piotr Bałazy
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Instytut Oceanologii PAN w Sopocie

Problem gołębi w mieście – jak go rozwiązać w sposób etyczny?

W 2017 roku, w ramach projektów obywatelskich, na stronie Biura Informacji Publicznej Urzędu Miasta Poznania pojawiła się dość nietypowa propozycja… unicestwienia gołębi miejskich. Informacje zamieszczone w opisie projektu były szokujące: autorka proponowała zabicie całej populacji gołębi przez zagazowanie wyłapywanych wcześniej stad. Działania takie miałyby być prowadzone aż do momentu całkowitej eksterminacji ptaków. Ten pomysł jest tyleż absurdalną i barbarzyńską, co absolutnie nieskuteczną metodą ograniczenia uciążliwości związanych ze współzamieszkiwaniem ludzi i gołębi w aglomeracji miejskiej.

Gołębniki są obecnie najbardziej etyczną metodą ograniczenia populacji gołębi w miastach. W Paryżu pomysł ten sprawdza się od lat

Gołębniki są obecnie najbardziej etyczną metodą ograniczenia populacji gołębi w miastach. W Paryżu pomysł ten sprawdza się od lat
Fot. AERHO

Jak stwierdzono po kilku dekadach badań naukowych, luki powstałe w wyniku ograniczenia populacji gołębi, są w krótkim czasie uzupełniane nowymi pokoleniami. W przeszłości projekty ograniczenia populacji gołębi były prowadzone w różnych miastach na świecie, jednak nigdy nie wpłynęły ostatecznie na ograniczenie liczebności żyjących w nich ptaków. Program drastycznego ograniczenia populacji gołębi miejskich w Barcelonie (Hiszpania) w latach 80. XX w. pokazał, że kiedy zastosowano nieetyczną regulację przez uśmiercenie całej populacji, zagęszczenie osobników na kilometrze kwadratowym zmniejszyło się z 948 w 1986 roku do… 940 w roku 1990, czyli różnica była praktycznie nieodczuwalna. Zjawisko to zachodzi wówczas, gdy zmniejszenie presji konkurencyjnych osobników umożliwia wzrost liczebności osobników korzystających z tych luk. Innym przykładem jest Szwajcaria, gdzie w Bazylei próbowano wprowadzić podobny program między rokiem 1980 a 1984. Badania naukowe prowadzone po „oczyszczeniu” miast z gołębi pokazały, że po likwidacji większości stad ptaki, które przeżyły masakrę, natychmiast przystępowały do lęgów, szybko uzupełniając obniżony poziom liczebności populacji. Natomiast nowa, tzw. populacja zastępcza szybko urosła, osiągając poziom liczebności sprzed badań. W takim wypadku całe stada migrują między miastami z bardziej zatłoczonych obszarów. Na szczęście poznański projekt został odrzucony z przyczyn etycznych, finansowych i sanitarnych. Najważniejsze jednak, że uznano go za społecznie niepotrzebny.

Gołębie są symbolem aglomeracji miejskiej. Zdrowe, dobrze wyglądające ptaki świadczą o wysokim standardzie miasta. Badania wykazały, że skrzydlaci mieszkańcy są bardzo ważnymi towarzyszami codziennego życia miast. Dowiedziono z całą pewnością, że ich obecność, możliwość obserwacji i karmienia często staje się jedyną terapią ludzi osamotnionych i chorych. Gołębie miejskie są również naturalną atrakcją turystyczną, nieodłącznym elementem starych dzielnic oraz uniwersalnym i oczekiwanym składnikiem krajobrazu staromiejskiego w każdym państwie na świecie1.

Gołębie są symbolem aglomeracji miejskiej. Zdrowe, dobrze wyglądające ptaki świadczą o wysokim standardzie miasta

Gołębie są symbolem aglomeracji miejskiej. Zdrowe, dobrze wyglądające ptaki świadczą o wysokim standardzie miasta
Fot. Tomasz Krzyśków

Po nieudanym programie eksterminacji gołębi w Bazylei w latach 90. wprowadzono tam nową metodę ograniczania populacji gołębi w mieście2. Zaczęto budować gołębniki, czyli sponsorowane i nadzorowane domki dla gołębi. Podobny program wprowadzono we Francji i Holandii. Ustawiono kwadratowe pomieszczenia na wysokich metalowych kolumnach w miejscach, gdzie zagęszczenie populacji było największe. Procedura wprowadzania takiego programu przebiega etapowo. Najpierw wiosną grupy gołębi są odławiane w miejscu, gdzie zazwyczaj żerują. Następnie są umieszczane w klatce w specjalnie przystosowanym do tego celu samochodzie, który przewozi ptaki do ich nowych domków. Konstrukcja takiego gołębiego domku jest dokładnie taka sama jak gołębników, w których dawniej hodowano przydomowe gołębie. W jednym domku jest co najmniej pięćdziesiąt miejsc lęgowych dla par w małych budkach albo na stanowiskach zbudowanych z desek umożliwiających gniazdowanie. Oczywiście sprawa osiedlenia się w nowym miejscu wcale nie jest prosta. Początkowo, czyli tuż po przywiezieniu „przymusowych osadników” do wspólnego gołębnika, otwory wlotowe muszą być przez miesiąc zablokowane siatką. Jest to działanie niezbędne, aby ptaki zaakceptowały przeprowadzkę i przyzwyczaiły się do nowego miejsca, zanim zostaną wypuszczone. W ten sposób, mając swobodny dostęp powietrza, zdrowy i wysokogatunkowy pokarm (koniecznie nasiona), wodę oraz oddzielne, wyłożone sianem miejsca gniazdowe (konieczny jest regularny dozór, aby zapobiegać ewentualnym walkom między najbardziej temperamentnymi osobnikami), zwierzęta dobierają się w pary. Powoli zaczynają akceptować nowe lokum. W tym samym czasie służby weterynaryjne kontrolują stan zdrowia ptaków. Kiedy minie okres przymusowego oswajania się z nowym miejscem, otwory w domku zostają otwarte i gołębie mogą stopniowo poznawać najbliższe otoczenie. I tylko wtedy, mając gniazdo w bezpiecznym i komfortowym miejscu, ptaki zasiedlą gołębnik na stałe (co potwierdziły badania prowadzone w ramach wyżej wspomnianego programu). Jest jeszcze inna, mniej inwazyjna metoda oswajania dziko żyjących gołębi z nowym miejscem. Polega ona na regularnym dokarmianiu ich w miejscu nowo powstałego gołębnika. W ciągu roku ptaki przyzwyczają się i zasiedlą nowe miejsce. Najistotniejszy w projekcie jest etap ostatni, gdy ptaki składają jaja. Wyspecjalizowany pracownik, oddelegowany do opieki nad gołębnikiem, zabiera część (nie wolno zabrać wszystkich jaj z gniazda, aby nie sprowokować ptaków do bezpowrotnego opuszczenia gołębnika) i wymienia je na sztuczne, podobne do prawdziwych. Jest to działanie niezbędne, aby ptaki dalej prowadziły normalny tryb życia. Ta technika pozwala na zatrzymanie gołębi w ustalonym miejscu, skuteczną regulację populacji w sposób zgodny z naturą zwierząt i etyką człowieka. Dodatkowym pożądanym efektem jest skupienie okolicznych gołębi w wyznaczonym miejscu, co zmniejsza zasiedlanie pobliskich balkonów i minimalizuje niedogodności, na które uskarżają się mieszkańcy. W Bazylei populacja 20 tysięcy gołębi na początku programu spadła do 10 tysięcy w ciągu 50 miesięcy3. Wprowadzenie w przestrzeń miejską gołębników wraz z kampanią informacyjną o dokarmianiu tylko w oznaczonych miejscach oraz kontrolą weterynaryjną, skutkowało również w przypadku innych miast Szwajcarii. Projekt zainspirował też inne kraje europejskie, czego wynikiem było np. pojawienie się domków w kilku dzielnicach Paryża. Władze stolicy Francji opracowały podobny program przy współpracy organizacji pozarządowych oraz samorządów lokalnych. Zaangażowano również firmy wyspecjalizowane w utrzymywaniu czystości oraz w budownictwie. Projekt odniósł tak duży sukces, że gołębnikami zainteresowali się właściciele budynków wynajmujący mieszkania socjalne (i to nie tylko w dzielnicach, ale i na obrzeżach miasta), wprowadzając to rozwiązanie na swoich posesjach. W Holandii zainicjowano budowę gołębników na dachach najwyższych budynków w mieście4.

Negatywne odczucia części społeczeństwa wobec gromadzenia się gołębi w miastach, wraz z lękiem przed obrzeżkami (kleszczami gołębimi, groźnymi dla człowieka – Argas reflexus), uciążliwością odchodów i potencjalnymi chorobami, są zjawiskiem światowym. Wiążą się one z niezrozumieniem zależności, jakie od dawna człowiek tworzył z tymi ptakami. Gołąb miejski (Columba livia f. urbana) pochodzi z hodowli, czyli został wyselekcjonowany genetycznie i towarzyszy człowiekowi od wieków. Gatunek ten stał się zależny od strefy zamieszkiwanej przez człowieka i właśnie to środowisko jest dla niego naturalne. Ponadto piony i poziomy budynków podobne są do klifów u wybrzeży oraz do kamienistych stoków gór, które zasiedlane były przez jego przodka: gołębia skalnego (Columba livia). Aby ograniczyć sytuacje konfliktowe, często związane z emocjonalnymi reakcjami wobec naszych skrzydlatych współmieszkańców, warto się zastanowić nad znalezieniem sposobu na bezkonfliktowe współżycie w warunkach miejskich.

Obecnie gołębnik jest najbardziej etyczną metodą ograniczenia populacji gołębi. Z powodzeniem można ją zastosować również w Polsce, uwzględniając kontekst lokalnej dynamiki populacji ptaków, która może być różna w określonych miejscach. Równocześnie metoda ta mogłaby być pomocna w rozpoznawaniu i zrozumieniu miejsca zwierząt w ekosystemie miejskim. Mowa tutaj o szeroko pojętej edukacji wskazującej na konieczność wpuszczenia do naszego współczesnego życia tych, którzy towarzyszyli nam od zawsze – zwierząt wolnożyjących. Na koniec przytoczę główne hasło drugiego międzynarodowego sympozjum: „échanges: leVIVANTenVILLE” („zmiany: ŻYJĄCwMIEŚCIE”), które odbyło się w Lyonie w październiku 2009 roku: dzisiaj chodzi o odkrycie najlepszego sposobu, w jaki możemy współistnieć z otaczającymi nas żywymi istotami.

Alexandre Flesch
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

  1. D. Haag-Wackernagel (1998). Die Taube: Vom heiligen Vogel der Liebesgöttin zur Strassentaube, Schwabe, ISBN 3796510167, Basel.
  2. Zobacz: Gołębie – ozdoba, czy zmora miasta? – SALAMANDRA 1/2007.
  3. D. Haag-Wackernagel (1995). Regulation of the street pigeon in Basel. Wildlife Society Bulletin, Vol. 23, No. 2, s. 256-260, ISSN 0091-7648.
  4. Zobacz: Pigeon lofts in the Netherlands.


Wybór numeru

Aktualny numer: 1-2/2019

Aktualny numer