Polskie Towarzystwo Ochrony Przyrody „Salamandra”
 

Ptasie manie i obsesje

życie na cienkiej granicy

Obserwowanie ptaków – wcześniej zajęcie elitarne, wymagające czasu, cierpliwości, wytrzymałości, poświęcenia i wyrzeczeń – stało się w ostatnich latach pasją popularną, żeby nie powiedzieć: modną. Obok zawodowych ornitologów pojawiła się grupa miłośników awifauny o znakomitych kwalifikacjach w wykrywaniu i rozpoznawaniu gatunków. Nie bacząc na lingwistyczne łamigłówki, coraz częściej nazywa się ich ptasiarzami.

Na kultową wyspę Corvo na Azorach, liczącą zaledwie 400 mieszkańców, co roku w październiku zjeżdża prawie setka ptasiarzy z całej Europy (tu obserwacja lasówki niebieskoskrzydłej Vermivora cyanoptera – trzecie stwierdzenie dla Palearktyki Zachodniej)

Na kultową wyspę Corvo na Azorach, liczącą zaledwie 400 mieszkańców, co roku w październiku zjeżdża prawie setka ptasiarzy z całej Europy (tu obserwacja lasówki niebieskoskrzydłej Vermivora cyanoptera – trzecie stwierdzenie dla Palearktyki Zachodniej)
Fot. Jacek Tabor

Sprzęt optyczny, magazyny branżowe, egzotyczne wyprawy, a nawet specjalistyczne ubrania składają się na kolorowy świat amatorów bezkrwawych łowów z lornetką, podkreślając po trosze snobizm – w końcu nie każdego stać na takie odlotowe hobby. Ptasiarze idealnie wpisują się w zjawisko budowania polskiej klasy średniej. W teren jadą wszyscy, którzy wysupłają troszkę grosza: mniej wystarczy na rowerową wycieczkę po okolicy, więcej pozwoli zapłacić za egzotyczne destynacje. Spotkamy zatem z lornetką lekarzy, polityków, ekonomistów, dziennikarzy, księży i szacowną brać akademicką. Obserwują zarówno doktoranci, jak i zacni profesorowie, niekoniecznie biolodzy, ale też przedstawiciele przeróżnych dziedzin i kręgów zainteresowań, często tak zdawałoby się wobec obserwacji ptaków odległych jak filologia romańska czy filmoznawstwo. Oto upowszechnia się specyficzne hobby: podglądanie ptaków. Fantastyczne i piękne, bo polegające na obcowaniu z przyrodą w sposób z założenia nieinwazyjny, związane z chęcią jej obserwowania, poznania i zrozumienia. Coś wspaniałego dla ciała i ducha. Równie niezwykłym zjawiskiem jest wysyp książek o tematyce ptasiej, publikowanych już nie tylko przez wydawnictwa znane z popularyzowania nauki czy ochrony przyrody, ale również inne szanowane oficyny. Obrazek tego światka uzupełniają wciąż pojawiające się nowe książki, fora i blogi internetowe oraz wszelkie sposoby szybkiego przepływu informacji o zlatujących się tu i tam ciekawych gatunkach.

Dzisiejsza moda na obserwowanie i podglądanie ptaków jest konsekwencją odwiecznych ornitologicznych zainteresowań ludzkości, ich bardziej cywilizowaną kontynuacją. Drób stanowi podstawowe źródło białka zwierzęcego spożywanego na Ziemi, a pióra rzadkich gatunków były równie cenne jak egzotyczne przyprawy. Żywe okazy dzikich ptaków trafiały do królewskich ogrodów i zwierzętarni, po wyprawieniu „skórek” zaś – do gabinetów osobliwości i dalej do muzeów historii naturalnej. W toku dziejów nastąpiły pewne zmiany. Dziś celem rzadko jest odłowienie, jeszcze rzadziej zabicie ptaka, ale nowy dla siebie gatunek wypada zobaczyć i wpisać na ptasią listę życia. Od dowodów bezpośrednich, pozyskanych przy pomocy muszkietu, wyszukanych pułapek czy wiatrówki ludzkość szczęśliwie odeszła, zadowalając się tym, co uzyskać można przy pomocy lornetki i aparatu fotograficznego.

Żerujący na winorośli prywatnej posesji w Osiecznej pasterz (południowy kuzyn naszego szpaka) wzbudził sporą sensację wśród krajowych ptasiarzy

Żerujący na winorośli prywatnej posesji w Osiecznej pasterz (południowy kuzyn naszego szpaka) wzbudził sporą sensację wśród krajowych ptasiarzy
Fot. Mateusz Lech Matysiak

Liczba osób zafascynowanych ptasim światem wzrasta. Niestety nie zawsze neofici, a nierzadko i starzy wyjadacze, przestrzegają etyki obserwacji, koncentrując się snobistycznie na swoim hobby, nie na jego przedmiocie. W niewinne, zdawałoby się, podglądanie przyrody wkrada się ostra konkurencja i duże pieniądze. Szacuje się, że rynek ptasich obserwatorów wart jest setki milionów dolarów rocznie: to sprzęt optyczny, ubrania, wycieczki w najdalsze zakątki świata organizowane w celu obejrzenia danego okazu. Jest też i jasna strona tych zainteresowań: dzięki obserwacjom amatorów, stanowiących profesjonalne wsparcie dla naukowców ornitologów, wiedza o ptakach jest znacząco wyższa niż o jakiejkolwiek grupie organizmów zamieszkujących naszą planetę. Wcale nie dlatego, że ptaki są najważniejsze w obiegu pierwiastków, świadczeniu usług ekosystemowych czy jakoś wyjątkowo łatwe do badania. Ptaki po prostu wydają się mieć to „coś”.

Co to takiego? Być może jest to pewien imperatyw wewnętrzny związany z wyglądem i zachowaniem, który przyciąga całe rzesze fascynatów. Czarowi ptaków ulegli Arystoteles i Karol Darwin. Założyciele podwalin współczesnej biologii – Ernst Mayr, Niko Tinbergen, Jared Diamond czy Konrad Lorenz – też uwielbiali podglądanie ptaków i czynili to od wczesnych lat młodzieńczych. Są tacy, dla których ptaki były obiektem refleksji filozoficznej, chwilą relaksu w uprawianiu bardziej ważkich zajęć czy obiektem wyrafinowanych badań. Nie ma wszak jak dobre i zróżnicowane towarzystwo. Gdyby jednak zamiast ptakom i wielkim badaczom przyjrzeć się chwilę ptasiarzom, to zapewniam, że różnorodność gatunkowa typów psychologicznych mogłaby okazać się większa niż różnorodność gatunkowa ptaków świata. Mamy zupełnie normalne, można powiedzieć, podwórkowe gatunki aż po te zupełnie egzotyczne. Wyruszających z lornetką w weekend za miasto, jak i tych, których opętała prawdziwa ptakomania – opierzonej faunie poświęcili wszystko. Ci drudzy – choć mniej liczni rzecz jasna – fascynują bardziej; obserwowani, komentowani, czasem podziwiani, niekiedy przeklinani niczym pojawiające się ptasie rzadkości. O nich najczęściej rozmawia się na forach internetowych. Przynajmniej do czasu.

Dokarmianie ptaków – ziarnojadów – w celu ich przywabienia i bliższego zobaczenia staje się coraz popularniejsze nawet w tropikach

Dokarmianie ptaków – ziarnojadów – w celu ich przywabienia i bliższego zobaczenia staje się coraz popularniejsze nawet w tropikach
Fot. Piotr Tryjanowski

Początkowe nieśmiałe podglądanie ptaków, porównywanie widzianych i słyszanych osobników do obrazków w przewodniku terenowym i nagrań na płycie z głosami ptaków, z dnia na dzień przeradza się w pasję. Można nawet nie zauważyć, kiedy staje się obsesją, pewną manią łączenia wszystkiego i wszystkich z ptakami. Doskonale zdiagnozowano to w krajach anglosaskich, gdzie ptasiarstwo to część brytyjskiej identyfikacji kulturowej, z dumą przetransportowanej w dawne kolonie. Kultura ta zadomowiła się również za dawną żelazną kurtyną, gdzie stopień uzależnienia od ptaków skutecznie dogania, zdawałoby się niedościgłe, wzorce brytyjskie. Z całym bagażem zalet, dziwactw, ale i problemów.

Kiedyś usłyszałem od znajomego: nic tak nie boli jak sukces kolegi! Stwierdzenie to uzmysławia, że aspekt rywalizacji objął i tę, jakże niewinną, dziedzinę. Obserwacje ptaków powinny koić i wyciszać strapionych, a nie podsycać napięcie związane z wyścigiem, budząc uczucia zazdrości i zawiści. W ptasiarskim świecie, kto zobaczy, czy jak się mawia w slangu zaliczy, najwięcej gatunków i umieści je na liście obserwowanych, uchodzi za mistrza, reszta to cieniasy. Kategorii ptasich list jest pewnie więcej niż konkurencji w pływaniu olimpijskim. Liczba gatunków widzianych w ogrodzie, w regionie, na terenie Polski, w Zachodniej Palearktyce, na świecie. Gdyby to było za mało, to można się wspomóc ograniczeniami w postaci odpowiednich widełek czasowych. Najbardziej poważana jest lista obserwacji dokonanych w ciągu całego życia (tzw. lifelista, na której każdy nowy gatunek to lifer), w ciągu roku, a nawet w ciągu 24 godzin. To ostatnie to słynny w środowisku Rajd Ptasiarzy. Listy życia najaktywniejszych liczą ponad 9,5 tysiąca gatunków (ponad 95% wszystkich ptaków świata!) – to lata wyrzeczeń, wyjazdów i przygotowań. Niektórzy kolejnym obserwacjom podporządkowują wszystko – kalendarz wakacji i weekendów, życie rodzinne, pracę zawodową, znaczne środki finansowe, a nawet zdrowie. Prawdę mówiąc, czasami nawet życie. Takich wariatów – bo chyba nie można ich inaczej sklasyfikować – jest całkiem sporo. Potrafią się zaciągnąć do wojska po to, by w górach Afganistanu zobaczyć jeden gatunek łuszczaka; pojadą do tak niestabilnych krajów jak Wenezuela, Kuba czy Somalia – właśnie po to, by podglądać ptaki.

Czajka szponiasta ochrzczona „tirówką” – obiekt wielu ptasiarskich wypraw pod Strzelno jesienią 2017 roku

Czajka szponiasta ochrzczona „tirówką” – obiekt wielu ptasiarskich wypraw pod Strzelno jesienią 2017 roku
Fot. Grzegorz Jędro

Ostatnio poprzeczkę podbił Noah Strycker – autor wspaniałej, wydanej także w Polsce, książki Rzecz o ptakach. W ciągu roku przemierzył świat i zobaczył 6042 gatunki ptaków. W jaki sposób tego dokonał, opisał w książce Birding without borders. Część historii mrozi krew w żyłach, ale też fascynuje i skłania do zadania ważnego pytania: Po co to wszystko? Fascynacji ptasiarzy osobą Stryckera nie wytrzymał amerykański profesor ochrony przyrody – Stuart Pimm – i na łamach „Nature” ostro skrytykował takie postępowanie. Zobaczenie dużej liczby gatunków nieodzownie łączy się z koniecznością penetracji tropików i uzyskaniem pomocy najlepszych przewodników – tych, którzy znają miejsca występowania najrzadszych taksonów i mają sieć swoich lokalnych obserwatorów. Wieść o jakości ich usług rozprzestrzenia się dziś w cyfrowym świecie z szybkością światła, a konsekwencją jest to, że wiele osób korzysta z tych samych źródeł informacji. Zamiast uważnie iść z plecakiem i lornetką, wspomagając się przewodnikiem terenowym, przybysze czekają na lokalnego terenowca, który palcem pokaże gatunek. Jeśli zajdzie potrzeba, to posypie ścieżkę ryżem, zawiesi pojnik z wodą i miodem dla kolibrów albo przywabi stosowne gatunki na głos ze smartfona. Dla ptaków to często stres, niepotrzebne przyzwyczajenie do pokarmu podawanego przez człowieka, jednakże widok zadowolonych ptasiarzy oraz sowite napiwki tuszują pewne moralne i estetyczne wątpliwości.

Tropiki jednak nie są dla wszystkich. Pozostańmy więc na krajowym podwórku. Gdy brakuje determinacji, talentu, szczęścia i pieniędzy, wówczas można się wspomóc sztucznymi metodami, czyli zacząć wymyślać, co i gdzie się widziało. Takich „ekspertów” było całe mnóstwo. Działalność kilku doprowadziła nawet do tego, że listę ptaków obserwowanych w Polsce należało poddać rzetelnej lustracji. Zweryfikowano trudniejsze obserwacje, a do wykreślenia zakwalifikowano te, co do których nie było stosownej dokumentacji. Cała procedura nie była prosta, bowiem aby udowodnić oszustwa, musiano posuwać się do prowokacji niczym w najlepszych kryminałach. I broń Boże, faunistyczne oszustwa to wcale nie polska specjalność. Nawet w szacownej Anglii grasowała niegdyś szajka miłośników rzadkich gatunków, która mnożyła stwierdzenia ornitologicznych rarytasów – zupełnie fikcyjnych obserwacji. Wszystko wyszło na jaw dopiero po śmierci kilku z jej członków, gdy odnaleziono wymienianą pomiędzy nimi korespondencję. Obficie traktowała ona o szczegółach owej niegodziwej zmowy „wybitnych eksploratorów”, sprytnie planujących każdy ruch, tak jak gdyby chodziło o napad na bank. Oszustwa w ornitologii zdarzały się od jej początków. Podmieniano dowody w postaci skórek muzealnych, wymyślano nowe gatunki i dokonywano kradzieży wyników, publikując je jako swoje. Wymyślano nawet dzienniki z egzotycznych wypraw. Ktoś zapyta po co? Czy za to są jakieś nagrody? A gdzież tam! Wyłącznie honor (czasem wątpliwy) i sława. W Anglii można zostać bohaterem kolumny w „The Guardian” czy „The Independent”, w Polsce co najwyżej wspomną o takich dokonaniach portale internetowe oraz przekazywany głównie pocztą pantoflową tzw. szacun kolegów z branży. Poważanie to jednak jest iście ulotne, gdyż podejrzliwość wpisuje się w ptasiarską społeczność w stopniu, jakiego chyba nie doświadcza się w innych grupach hobbystów. Dobry krytycyzm jest wprawdzie podstawą zrozumienia świata, jednak nie wtedy, gdy przeradza się w podcinające skrzydła ostre krytykanctwo.

W listopadzie 2013 roku na Mazowszu pojawił się rzadki gość z północy Europy – sowa jarzębata. Ptaka można było obserwować przez całe dnie we wsiach i osadach gospodarskich, gdzie polował i zwracał na siebie uwagę, nie tylko ornitologów

W listopadzie 2013 roku na Mazowszu pojawił się rzadki gość z północy Europy – sowa jarzębata. Ptaka można było obserwować przez całe dnie we wsiach i osadach gospodarskich, gdzie polował i zwracał na siebie uwagę, nie tylko ornitologów
Fot. Grzegorz Jędro

Potencjalna lista ptasiarskich grzechów i zaniedbań okazuje się imponująco długa, mieści bowiem w sobie wiele oszustw finansowych i fałszerstw obserwacji, ambicje bez granic, hejt wylewający się na innych, ograniczenie kulturowe sprowadzające świat do dwóch kategorii – tego, co jest ptakiem i nieistotnego wszystkiego innego. Wymienione socjologiczne okropieństwa nie znajdują usprawiedliwienia, ale nawet w naszych zwariowanych czasach można je potraktować z pewną dozą zrozumienia. Jest jednak jedno tabu, nad którym nie można przejść obojętnie i wyłącznie wzruszyć ramionami. Rzecz dotyczy bowiem właśnie obiektu marzeń i westchnień ptasiarzy, ich dozgonnej miłości – ptaków. Tak! Doszliśmy do tego, że obserwatorzy mogą szkodzić ptakom! Wystarczy, że pojawi się rzadki gatunek, a jeszcze lepiej taki, który można sfotografować, wówczas szaleństwom nie ma końca. Gdy w jakimś miejscu zagubiony osobnik posiedzi chwilę dłużej, zaraz ruszają wycieczki ludzi obładowanych sprzętem fotograficznym i obserwacyjnym. To nic, że niszczy się strukturę łąki, przycina krzewy, łamie trzciny czy zadeptuje zasiewy na polu po to, by mieć tysiące „lepszych ujęć”. Gdy rzecz się dzieje późnym latem, jak parę lat temu z pasterzem różowym (Pastor roseus) czy prawdziwym hitem zeszłorocznej jesieni – czajką szponiastą (Vanellus spinosus) – poza konfliktami z właścicielami ogrodu czy pola zniszczenia siedliska nie wpływają znacząco na ptaki. Z drugiej strony właściciel takiego terenu często nie odróżnia bezmyślności ptasiarzy od bytowania niewinnych ptaków. Później to właśnie one będą przywoływane w pamięci jako magnes ściągający szaleńców. Jeśli jednak taka sytuacja rozgrywa się w sezonie lęgowym, wtedy gdy dorosłe osobniki wysiadują jaja czy karmią pisklęta – żarty się kończą. Ścieżka do gniazda siewkowca to doskonały znak dla lisa i wystawienie pod nos drapieżnika gotowego obiadu. Przesiadywanie przy dziuplach rzadkich dzięciołów, krasek czy żołn – z żądzy dokonania jeszcze wspanialszych ujęć fotograficznych – kończyło się opuszczeniem przez te ptaki tradycyjnych stanowisk lęgowych. Zdarzało się również rzucanie kijami i kamieniami w trzciny, celem wypłoszenia bąka (Botaurus stellaris) tylko dlatego, że samo usłyszenie ptaka to za mało, by umieścić go na lifeliście (można to zrobić jedynie wtedy, gdy gatunek uda się zobaczyć, a nie wyłącznie usłyszeć; nawet jeśli poprawna diagnostyka nie pozostawia cienia wątpliwości). Niestety opisane sytuacje wcale nie należą do rzadkości. Stresowanie ptaków nocnych za pomocą latarek i odtwarzanych głosów to praktycznie przykry standard. Chwytanie i obrączkowanie rzadkości przelatujących przez wybrzeże Bałtyku ma spory walor naukowy – służy ekologii i zoogeografii. Jednak przetrzymywanie tych ptaków w woreczkach po to, by po paru godzinach mogła je zobaczyć grupa ptasiarzy, to zwykłe barbarzyństwo. A co powiedzieć o ludziach puszczających mysz na żyłce połączonej z wędką, aby bliżej zwabić rzadkiego gościa z północy – sowę jarzębatą (Surnia ulula) – wyłącznie dla zebrania pochwał od kolegów z branży i większej liczby lajków na portalach społecznościowych?

Podejrzewam, że w każdej grupie społecznej wybranej na podstawie wykonywanego zawodu czy podzielanej pasji znaleźlibyśmy setki przykładów zachowań patologicznych. Następstwem tychże niegodziwości są zatem pojawiające się refleksje i chęć regulacji aktywności przez wprowadzanie kodeksów dobrych praktyk – z przekąsem nazywanych „środowiskowymi planszami pobożnych życzeń”. Obserwatorzy ptaków, nawet ci najaktywniejsi, zgrupowani w klubie 300 (elitarnej grupie, do której dostać się można po odnotowaniu 300 gatunków na terenie Polski – a nie jest to proste zadanie!), czy fotografowie przyrody, mają swoje kodeksy etyczne. Osoby obrączkujące ptaki dysponują adekwatnym regulaminem oraz posiadają szczegółowe wytyczne. Niestety nie sieje to już trwogi i nie wzbudza szacunku! Celem odzyskania dawnej świetności oraz ogólnej atencji winno to być wsparte środowiskową refleksją, a nawet pewnym ostracyzmem względem osób zachowujących się nie fair. Najgłośniejsze przypadki oszustw czy zniszczeń dokonanych w trakcie fotografowania ptaków doczekały się gorących dyskusji i „honorowych wykluczeń” z towarzystwa. To już jest krok w dobrą stronę.

Głębsza refleksja środowiska zdecydowanie wisi w powietrzu. Ludzie boją się jednak hejtu, ostrzegano mnie przed tym kilkakrotnie. Chłopie wkładasz rękę w gniazdo os! – to jedno z najdelikatniej przekazanych ostrzeżeń. Czyż nie są aktualne w tym wszystkim bardzo ptasie słowa Norwida: Czy ten ptak kala gniazdo, co je kala, Czy ten, co mówić o tem nie pozwala?

Piotr Tryjanowski
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Prof. dr hab., dyrektor Instytutu Zoologii UP w Poznaniu.
Autor licznych prac dotyczących ptaków. Obserwuje ptaki prawie od 40 lat, ludzi nawet nieco dłużej. Niedawno wydał książkę o ptasiarskim światku, pod tytułem „Rozum z ptakami odlatuje”.

Czy do lęgu trzeba dwojga?

Pisklęta skowronka żebrzące o pokarm

Pisklęta skowronka żebrzące o pokarm
Fot. Tomasz Ogrodowczyk

Człowiek, w swoim pragnieniu zrozumienia przyrody, chcąc nie chcąc, dostosowuje ją do własnego pojmowania rzeczywistości. Antropomorfizuje. Był okres, kiedy zwierzęta postrzegano jedynie jako pakiety procesów chemicznych i instynktu. Przydawanie im ludzkich emocji było piętnowane i świadczyło o nieprofesjonalnym podejściu badacza. Na szczęście te czasy mamy już za sobą (czy aby na pewno?), stąd też interpretacja zachowań zwierząt może być dużo swobodniejsza. Poszliśmy nawet o krok dalej w rozumieniu roli Homo sapiens na Ziemi. Jakże trafnie i dosadnie definiuje nas samych tytuł książki René Dubos: „Tyle człowieka, co zwierzęcia”. Coraz lepiej rozumiemy zachowania zwierząt i ich przyczynowość, a co za tym idzie – dopuszczamy myśl o emocjach, mogących kierować ich decyzjami i wpływać na wzorce postępowania w zwierzęcym świecie. Czy w takim razie możemy założyć, że wśród ptaków pojawia się uczucie miłości? Na to pytanie raczej tu nie odpowiemy, ale spójrzmy, jak mocne mogą być ptasie związki partnerskie.


Więcej w drukowanym wydaniu SALAMANDRY...

Romuald Mikusek
rmikusek.pl

O zimowym dokarmianiu ptaków

Kule tłuszczowe dla ptaków można obecnie kupić w sklepie, ale warto je wykonać samodzielnie

Kule tłuszczowe dla ptaków można obecnie kupić w sklepie, ale warto je wykonać samodzielnie
Fot. Archiwum PTOP „Salamandra”

Uczniowie z powiatów pilskiego, czarnkowsko-trzcianeckiego i chodzieskiego mieli okazję posłuchać o zimowym dokarmianiu ptaków. W 25 szkołach nasze Towarzystwo przeprowadziło 120 zajęć edukacyjnych. Wzięło w nich udział około 2800 uczniów. Celem projektu było upowszechnianie właściwych wzorców dotyczących pomagania ptakom. Z naszych obserwacji wynika, że dzieci i młodzież chętnie podejmują się ich dokarmiania, jednak sposób jego prowadzenia jest często nieodpowiedni, a niekiedy nawet szkodliwy dla tych zwierząt. Dlatego uczniowie biorący udział w zajęciach dowiedzieli się o najważniejszych zasadach dotyczących dokarmiania, doborze pokarmu i właściwym wykonaniu karmnika. Uczyli się również rozpoznawać gatunki ptaków spotykane zimą, a na koniec każdy z nich utrzymał ulotkę na temat pomagania naszym skrzydlatym przyjaciołom.

Marek Maluśkiewicz
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Nadnoteckie Koło PTOP „Salamandra”

Dofinansowano ze środków Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Poznaniu

Prawo (nie)doskonałe

Krzyżowanie w paragrafach

Większość z nas uczyła się, że gatunek to wszystkie populacje podobnych do siebie osobników, które mogą się krzyżować między sobą, ale są izolowane rozrodczo od innych grup organizmów1. Ta dość stara próba zdefiniowania gatunku jest tylko jedną z kilkudziesięciu, które obecnie funkcjonują, i jak wszystkie, jest niecałkiem prawdziwa. Mieszańce międzygatunkowe powstawały i powstają naturalnie w przyrodzie – są wręcz dość pospolicie spotykane (zwłaszcza wśród roślin). A od czasu, gdy człowiek zaczął gmerać w geograficznym rozmieszczeniu organizmów żywych, stały się wręcz plagą. W dodatku Homo sapiens, sam mający znaczące domieszki genów innych gatunków hominidów, od paru tysięcy lat z coraz większą skutecznością i przy zastosowaniu coraz bardziej wyrafinowanych metod doprowadza do sztucznego krzyżowania się osobników różnych gatunków w warunkach kontrolowanych. Czy to mieszanie w naturalnym porządku rzeczy jest jakoś regulowane w naszym krajowym porządku prawnym?

Mieszaniec kanarka (Serinus canaria) z kulczykiem zwyczajnym (S. serinus). Tworzenie bastardów kanarków z rodzimymi gatunkami ptaków śpiewających jest w Polsce dość popularne. Niestety czasem są w tym celu wykorzystywane osobniki odławiane nielegalnie

Mieszaniec kanarka (Serinus canaria) z kulczykiem zwyczajnym (S. serinus). Tworzenie bastardów kanarków z rodzimymi gatunkami ptaków śpiewających jest w Polsce dość popularne. Niestety czasem są w tym celu wykorzystywane osobniki odławiane nielegalnie
Fot. Piotr Kokoszka

Krzyżowanie organizmów z różnych gatunków, podgatunków czy populacji może być dla przyrody i środowiska korzystne, neutralne lub szkodliwe (nawet bardzo) – zależnie od okoliczności. Spontanicznego tworzenia się mieszańców międzygatunkowych przepisy nie regulują – byłoby to nieskuteczne. Jednak w roku 2008 polski ustawodawca uznał, że intencjonalne krzyżowanie przez człowieka powinno być regulowane, aby ograniczyć te przypadki, które mogą mieć opłakane skutki. Wprowadził więc do ustawy z dnia 16 kwietnia 2004 r. o ochronie przyrody nowe przepisy2. Mimo że obowiązują one od 15 listopada 2008 r., czyli już prawie 10 lat, pozostają nieznane i powszechnie ignorowane. Warto je więc przypomnieć i omówić.

Kluczowe pojęcia

W pierwszej kolejności wspomniana nowelizacja wprowadziła do ustawy o ochronie przyrody (w art. 5 pkt 2a) definicję „krzyżowania zwierząt”, określającą je jako kojarzenie osobników genetycznie odmiennych, w tym osobników różnych gatunków.

Dla dalszych rozważań prawnych nie są istotne zawiłości współczesnych poglądów przyrodniczych na pojęcie „gatunek”, a jedynie znaczenie, w jakim występuje ono we wspomnianej wyżej ustawie. Określa to definicja w art. 5 pkt 1, według której oznacza ono zarówno gatunek w znaczeniu biologicznym [czymkolwiek on jest], jak i każdą niższą od gatunku biologicznego jednostkę systematyczną, populację, a także mieszańce tego gatunku w pierwszym lub drugim pokoleniu, z wyjątkiem form, ras i odmian udomowionych, hodowlanych lub uprawnych.

Zakaz krzyżowania

Kolejny zapis dodany w 2018 r. do ustawy o ochronie przyrody – artykuł 119a – w ustępie 1 stanowi, że bez zezwolenia Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska zakazane jest:
1) dalsze rozmnażanie zwierząt uzyskanych w wyniku krzyżowania (wszelkie, w tym przypadkowe, i wszystkich gatunków);
2) krzyżowanie zwierząt z gatunków:
– objętych ochroną gatunkową,
– obcych (występujących poza swoim naturalnym zasięgiem3),
– łownych,
ze zwierzętami z jakichkolwiek innych gatunków, a także ze zwierzętami z form i odmian hodowlanych.

Zgodnie z ustawową definicją gatunku zakaz dotyczy nie tylko krzyżowania gatunków w znaczeniu biologicznym, ale i niższych jednostek systematycznych – np. podgatunków czy zwierząt pochodzących z różnych populacji. Istotne jest również zaznaczenie, że dotyczy to także krzyżowania form dzikich z hodowlanymi (np. zwierzętami gospodarskimi).

Na podstawie art. 127 pkt 5 tej samej ustawy, kto umyślnie narusza zakaz, o którym mowa w art. 119a ust. 1, popełnia wykroczenie i podlega karze aresztu albo grzywny. Dodatkowo, na podstawie art. 129, sąd może orzec przepadek przedmiotów służących do popełnienia tego wykroczenia (np. klatek i innych urządzeń hodowlanych) oraz pochodzących z tego krzyżowania zwierząt, nawet jeśli nie stanowią własności sprawcy. Może także nałożyć obowiązek przywrócenia stanu poprzedniego (w tym wypadku w zasadzie wchodziłoby w grę jedynie uśmiercenie uzyskanych mieszańców, co z różnych przyczyn, także etycznych i prawnych, może być niemożliwe lub niewskazane), a jeśli obowiązek taki nie byłby wykonalny – nawiązkę do wysokości 10 000 złotych na rzecz organizacji społecznej działającej w zakresie ochrony przyrody lub właściwego, ze względu na miejsce popełnienia wykroczenia, wojewódzkiego funduszu ochrony środowiska i gospodarki wodnej.

Można za zezwoleniem

Wprowadzony zakaz krzyżowania nie jest bezwzględny. Zasady udzielania przez GDOŚ zezwoleń na tę czynność regulują ustępy 2–5 art. 119a. Aby je uzyskać, trzeba złożyć wniosek zawierający dane wymienione w ust. 2, w tym opisać cel, czas i miejsce krzyżowania, podać ile zwierząt i z jakich gatunków ma być kojarzonych, załączyć świadectwo pochodzenia zwierząt oraz opinię lub orzeczenie powiatowego lekarza weterynarii stwierdzające spełnienie przez wnioskodawcę warunków przetrzymywania zwierząt z danych gatunków, odpowiadających ich potrzebom biologicznym.

GDOŚ powinien odmówić wydania zezwolenia, jeśli w okresie poprzednich trzech lat wnioskodawca był skazany prawomocnym wyrokiem sądu za przestępstwo związane z przewożeniem przez granicę państwa, przetrzymywaniem, prowadzeniem hodowli, rozmnażaniem i sprzedażą na terenie kraju gatunków chronionych, obcych lub łownych. Może także (ale nie musi) odmówić, jeśli krzyżowanie stwarza zagrożenie dla rodzimych gatunków lub siedlisk przyrodniczych.

W zezwoleniu, poza danymi zawartymi we wniosku, GDOŚ określa także warunki korzystania z zezwolenia oraz podaje termin złożenia informacji o jego wykorzystaniu.

Już wydane zezwolenie powinno być cofnięte w wypadku ujawnienia okoliczności uzasadniających odmowę jego wydania, a także jeśli zostało użyte niezgodnie z zawartymi w nim warunkami.

Co się miesza?

Proceder krzyżowania różnych gatunków nie jest w Polsce rzadki. Zaryzykuję twierdzenie, że w ogromnej większości (jeśli nie w 100%) odbywa się obecnie nielegalnie. Dotyczy to przede wszystkim dwóch kategorii:
1) krzyżowania przez prywatnych hodowców różnych zwierząt trzymanych w domach – np. rozmaitych gatunków papug czy bażantów, kanarków z innymi przedstawicielami rodziny łuszczakowatych (w tym ptaków rodzimych, nielegalnie odławianych), kotów domowych z różnymi gatunkami dzikich kotowatych, wielu gatunków i podgatunków ptaków szponiastych trzymanych do celów sokolniczych, dzików ze świniami domowymi;
2) krzyżowania w ogrodach zoologicznych, cyrkach, różnych zwierzyńcach oraz hodowlach prywatnych zwierząt zaliczanych do jednego gatunku, ale pochodzących z odmiennych podgatunków czy populacji oraz dalsze rozmnażanie takich mieszańców (powoduje to, że otrzymuje się zwierzęta, które zasadniczo nie będą mogły mieć znaczenia w ewentualnych programach ochrony i przywracania tych gatunków naturze, co jest istotne zwłaszcza w przypadku ogrodów zoologicznych).

Niegdyś w ogrodach zoologicznych dochodziło także do celowego krzyżowania odmiennych gatunków – np. niedźwiedzia brunatnego z polarnym w Miejskim Ogrodzie Zoologicznym w Łodzi. Obecnie próby takie są rzadsze i dotyczą ewentualnie niektórych mniejszych placówek prywatnych.

Proceder jest powszechny, a mimo to nie udało mi się znaleźć informacji o ukaraniu kogokolwiek za takie wykroczenie. W Internecie można natrafić na jeden wyrok w tej sprawie – uniewinniający. Sąd dał wiarę, że locha wymknęła się gospodarzowi do lasu, tam dała się uwieść odyńcowi dzika i cichutko, niezauważona wróciła do chlewu. Owoce tego wyskoku – świniodziki – nie były więc wynikiem umyślnego krzyżowania...

Niedoskonałości

Regulacje dotyczące krzyżowania zwierząt mają niestety sporo wad. Poniżej wskażę te najbardziej jaskrawe.

Artykuł 9 ustawy nowelizującej, która wprowadziła omawiane przepisy, stanowi: Dopuszcza się przetrzymywanie osobników uzyskanych w wyniku krzyżowania zwierząt przed dniem wejścia w życie ustawy do śmierci tych zwierząt, bez możliwości ich rozmnażania, chyba że osoba posiadająca te zwierzęta uzyskała zezwolenie, o którym mowa w art. 119a ust. 1. Ten przepis przejściowy jest całkowicie zbędny. Skoro nie wprowadzono zakazu przetrzymywania zwierząt będących wynikiem krzyżowania, nie trzeba tej czynności „dopuszczać”, gdyż jest ogólnie dozwolona.

W Internecie można łatwo znaleźć wiele ofert sprzedaży zwierząt stanowiących efekt krzyżowania objętego zakazem ustawowym

W Internecie można łatwo znaleźć wiele ofert sprzedaży zwierząt stanowiących efekt krzyżowania objętego zakazem ustawowym
Fot. Internet

W zacytowanej na wstępie definicji krzyżowania znalazło się sformułowanie, że dotyczy ono kojarzenia osobników genetycznie odmiennych. W świetle zakazu dalszego rozmnażania wszelkich zwierząt uzyskanych w wyniku krzyżowania próba dosłownej wykładni tej definicji prowadziłaby do absurdu. Genetycznie odmienne (unikatowe) są bowiem właściwie wszystkie osobniki z wyjątkiem klonów (rozmnożonych przez podział), w tym bliźniąt jednojajowych. Przyjmując zasadę racjonalnego prawodawcy, trzeba uznać, że w definicji, a więc i w zakazie, chodziło o pewien znaczący stopień odmienności – np. taki, jaki występuje pomiędzy gatunkami w znaczeniu ustawowym (czyli także podgatunkami, naturalnymi formami czy odrębnymi populacjami). Aby uniknąć wątpliwości, z definicji można by jednak wykreślić wyrazy: „osobników genetycznie odmiennych, w tym” (lub w ogóle zrezygnować z tej definicji, gdyż definiuje zrozumiałe pojęcie „krzyżowanie” przez mniej znane „kojarzenie” i nie wnosi nic istotnego).

Artykuł 119a wprowadza w ust. 1 zakaz krzyżowania jedynie w odniesieniu do trzech kategorii gatunków: objętych ochroną gatunkową, obcych i łownych. Spod obowiązywania tego przepisu wyłączone są więc jedynie niektóre rodzime gatunki bezkręgowców, ryb i gryzoni. Nie przychodzi mi do głowy żaden racjonalny powód takiego wyłączenia (zwłaszcza że wprowadzono zakaz dalszego rozmnażania wszelkich mieszańców). Przypuszczam więc, że zapis ten jest raczej wynikiem braku przemyślenia niż skutkiem działania lobby hodowców bastardów4 płoci ze wzdręgami albo jazi z kleniami (karpiokarasie już są objęte zakazem, gdyż karpie to gatunek od dawna zadomowiony, ale obcy). Zdecydowanie prostszy i bardziej konsekwentny byłby więc zakaz dotyczący krzyżowania bez zezwolenia wszystkich gatunków zwierząt.

Bardzo niespójne są zasady wydawania zezwoleń. Powinno się ich odmawiać w przypadku, gdy wnioskodawca był karany za niektóre przestępstwa. Nie wiadomo jednak, skąd GDOŚ ma wiedzieć o tej okoliczności, skoro do wniosku nie dołącza się nawet oświadczenia wnioskodawcy w tej sprawie. Podstawą odmowy ma być ukaranie za przestępstwo, podczas gdy znaczna część czynów, których ma dotyczyć kara, jest kwalifikowana w tej samej ustawie jedynie jako wykroczenie. Nie wiadomo, dlaczego odmowa zezwolenia może (a nie musi) być uzasadniona jedynie szkodliwością dla rodzimej przyrody, gdy np. krzyżowanie gatunków obcych może mieć znaczenie także dla innych gatunków i siedlisk, o których dobro powinniśmy dbać na podstawie ratyfikowanych przez Polskę konwencji międzynarodowych czy dyrektyw Unii Europejskiej.

Przepisy art. 119a, podobnie jak całość ustawy, cechują się nieprzyjazną dla użytkownika zawiłością sformułowań. Dlatego powyżej w wielu miejscach unikałem dosłownych cytatów, stosując raczej ich tłumaczenie na język w miarę zrozumiały. Np. w art. 119a nie ma mowy o zwierzętach objętych ochroną gatunkową lub z gatunków obcych, ale „o których mowa w art. 49 pkt 1 lit. a i b i w art. 120 ust. 1”. Może także dlatego regulacja ta jest nieznana i ignorowana. Ponieważ takie odesłania nie służą większej skrótowości tekstu ani nie przyczyniają się do jego większej zrozumiałości czy jednoznaczności, są więc sprzeczne z zasadami techniki prawodawczej5. W przypadku nowelizacji tych przepisów lub pisania nowej ustawy warto by je sformułować zrozumialej dla przeciętnego adresata, czyli hodowcy zwierząt.

Andrzej Kepel
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

  1. Chodzi o sformułowaną w 1942 r. definicję Ernsta Mayra, według której gatunek to grupa realnie lub potencjalnie krzyżujących się populacji, które rozrodczo odizolowane są od podobnych sobie grup (definicja ta była później kilkukrotnie modyfikowana także przez samego autora).
  2. Wprowadziła je ustawa z dnia 3 października 2008 r. o zmianie ustawy o ochronie przyrody oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. 2008 nr 201 poz. 1237).
  3. Patrz definicja gatunku obcego w art. 5 pkt 1c ustawy o ochronie przyrody.
  4. Mieszańce organizmów rodzicielskich należących do odmiennych jednostek systematycznych nazywa się także krzyżówkami, hybrydami (wykorzystywane częściej w odniesieniu do roślin) lub bastardami (stosowane do zwierząt). To ostatnie określenie bywa też używane węziej – do mieszańców kanarków z ptakami innych gatunków.
  5. Konkretnie chodzi o § 5–8 i 156 rozporządzenia Prezesa Rady Ministrów z dnia 20 czerwca 2002 r. w sprawie „Zasad techniki prawodawczej” (Dz.U. 2016 poz. 283).


Program Chelonia – kontynuacja

Żółwica Teosia zginęła w tym roku pod kołami traktora. To zdjęcie wykonano rok temu – nie wiedzieliśmy, że będzie to jej ostatnie ujęcie...

Żółwica Teosia zginęła w tym roku pod kołami traktora. To zdjęcie wykonano rok temu – nie wiedzieliśmy, że będzie to jej ostatnie ujęcie...

Już od trzech lat nieprzerwanie realizujemy działania na rzecz ochrony żółwi błotnych w Wielkopolsce w ramach Programu CHELONIA. Aktualnie skupiamy się na największej w województwie, a jednocześnie bardzo słabo poznanej populacji spod Leszna. Dzięki systematycznym kontrolom, które w okresie lęgowym prowadzone są w trybie codziennym, nasza wiedza na temat tamtejszych żółwi stopniowo się powiększa.

Niestety zebrane dane nie napawają optymizmem, a rok 2017 wydaje się szczególnie trudny dla badanej populacji. Nie dość, że w żadnej ze znanych nam zeszłorocznych komór lęgowych nie przetrwał ani jeden żywy żółwik, to w trakcie sezonu godowego straciliśmy dwa dorosłe osobniki – jednego samca, który padł najprawdopodobniej z przyczyn naturalnych oraz samicę, która wracając z lęgowiska, została rozjechana przez ciągnik podczas prac polowych. Jeśli połączyć te zdarzenia z potencjalną śmiercią samicy, która tylko cudem została odratowana w zeszłym roku po tym, jak zrolowano ją w balocie lucerny przeznaczonej na kiszonkę, to śmiertelność osobników dorosłych na tym stanowisku wydaje się nadzwyczaj wysoka.

Należy pamiętać, że żółwie to zwierzęta długowieczne, charakteryzujące się wysoką śmiertelnością w pierwszych fazach życia oraz niską w przypadku osobników dojrzałych płciowo. Dlatego strata dorosłych żółwi jest szczególnie dotkliwa i może skutkować przyspieszonym tempem kurczenia się tej i tak już zagrożonej wyginięciem populacji. Obok ochrony lęgów niezwykle ważne jest zatem również wdrożenie działań na rzecz poprawy przeżywalności osobników dorosłych, co będziemy starali się osiągnąć w ramach realizowanego programu w najbliższej przyszłości.

Możesz pomóc nam ratować żółwie, wpłacając darowiznę na konto Towarzystwa z dopiskiem „ratuję żółwie”. Zebrane środki przeznaczymy na dodatkowe nadajniki telemetryczne, które pomogą w lokalizacji i ochronie komór lęgowych. O postępach projektu będziemy informować na łamach Magazynu.

Tekst i zdjęcie: Borys Kala
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Wybór numeru

Aktualny numer: 1-2/2019

Aktualny numer