Polskie Towarzystwo Ochrony Przyrody „Salamandra”
 

Niezwyczajna sosna zwyczajna

Bory przerażały swym ogromem, kusiły obfitością pożytku, straszyły mnogością zwierza. Sosny w nich były przeogromne, podobne do okrytych spękanym jaszczurem legendarnych smoków, z wężowato pokręconymi od starości grubymi konarami. Tramy ich były pochylone, czasami łukowato przygięte, że dziw tylko jak nie zawalały się pod ciężarem własnego cielska i brzemieniem wieków.
Z opowiadania bartnika Pawła Buszko, Jan Jerzy Karpiński

Sóweczka w sosnowej dziupli po dzięciole czarnym

Sóweczka w sosnowej dziupli po dzięciole czarnym

Patrząc na nasze lasy, można by pomyśleć, że staremu bartnikowi już się ze starości w głowie pomieszało bądź też najadł się jakichś dziwnych puszczańskich grzybków. Każdy przecież wie, jak wygląda sosna, ma ją niemal za płotem, i drzewom tym daleko do tego opisu. Jak najbardziej realnego i prawdziwego, gdyż takie bory i takie sosny faktycznie istniały i nadal istnieją. Jeszcze... Sosna padła ofiarą swojej pospolitości – jest tak powszechna, że nikt nie zastanawia się nad jej ochroną. Po co chronić coś, co jest tak pospolite i jak sama nazwa wskazuje – zwyczajne; co rośnie niemal w każdym lesie i każdym zagajniku.


Więcej w drukowanym wydaniu SALAMANDRY...

Tekst i zdjęcia: Grzegorz Okołów
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Obślizgły zwiastun szczęścia, czyli quo vadis robaku?

Larwy, idąc, żerują na miękkiej, wilgotnej próchnicy

Larwy, idąc, żerują na miękkiej, wilgotnej próchnicy
Fot. Robert Dejtrowski

Pleń, zwany również robakiem hufcowym, jest tworem rzadkim i niezwykłym. Powstaje, kiedy zbiegiem okoliczności masowo wylęgające się larwy maleńkiej muchówki postanawiają połączyć się w gigantycznego superrobaka i w takiej formie podróżować przez świat.


Więcej w drukowanym wydaniu SALAMANDRY...

Agnieszka Graclik
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Instytut Zoologii
Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu

Ptasie manie i obsesje

życie na cienkiej granicy

Obserwowanie ptaków – wcześniej zajęcie elitarne, wymagające czasu, cierpliwości, wytrzymałości, poświęcenia i wyrzeczeń – stało się w ostatnich latach pasją popularną, żeby nie powiedzieć: modną. Obok zawodowych ornitologów pojawiła się grupa miłośników awifauny o znakomitych kwalifikacjach w wykrywaniu i rozpoznawaniu gatunków. Nie bacząc na lingwistyczne łamigłówki, coraz częściej nazywa się ich ptasiarzami.

Na kultową wyspę Corvo na Azorach, liczącą zaledwie 400 mieszkańców, co roku w październiku zjeżdża prawie setka ptasiarzy z całej Europy (tu obserwacja lasówki niebieskoskrzydłej Vermivora cyanoptera – trzecie stwierdzenie dla Palearktyki Zachodniej)

Na kultową wyspę Corvo na Azorach, liczącą zaledwie 400 mieszkańców, co roku w październiku zjeżdża prawie setka ptasiarzy z całej Europy (tu obserwacja lasówki niebieskoskrzydłej Vermivora cyanoptera – trzecie stwierdzenie dla Palearktyki Zachodniej)
Fot. Jacek Tabor

Sprzęt optyczny, magazyny branżowe, egzotyczne wyprawy, a nawet specjalistyczne ubrania składają się na kolorowy świat amatorów bezkrwawych łowów z lornetką, podkreślając po trosze snobizm – w końcu nie każdego stać na takie odlotowe hobby. Ptasiarze idealnie wpisują się w zjawisko budowania polskiej klasy średniej. W teren jadą wszyscy, którzy wysupłają troszkę grosza: mniej wystarczy na rowerową wycieczkę po okolicy, więcej pozwoli zapłacić za egzotyczne destynacje. Spotkamy zatem z lornetką lekarzy, polityków, ekonomistów, dziennikarzy, księży i szacowną brać akademicką. Obserwują zarówno doktoranci, jak i zacni profesorowie, niekoniecznie biolodzy, ale też przedstawiciele przeróżnych dziedzin i kręgów zainteresowań, często tak zdawałoby się wobec obserwacji ptaków odległych jak filologia romańska czy filmoznawstwo. Oto upowszechnia się specyficzne hobby: podglądanie ptaków. Fantastyczne i piękne, bo polegające na obcowaniu z przyrodą w sposób z założenia nieinwazyjny, związane z chęcią jej obserwowania, poznania i zrozumienia. Coś wspaniałego dla ciała i ducha. Równie niezwykłym zjawiskiem jest wysyp książek o tematyce ptasiej, publikowanych już nie tylko przez wydawnictwa znane z popularyzowania nauki czy ochrony przyrody, ale również inne szanowane oficyny. Obrazek tego światka uzupełniają wciąż pojawiające się nowe książki, fora i blogi internetowe oraz wszelkie sposoby szybkiego przepływu informacji o zlatujących się tu i tam ciekawych gatunkach.

Dzisiejsza moda na obserwowanie i podglądanie ptaków jest konsekwencją odwiecznych ornitologicznych zainteresowań ludzkości, ich bardziej cywilizowaną kontynuacją. Drób stanowi podstawowe źródło białka zwierzęcego spożywanego na Ziemi, a pióra rzadkich gatunków były równie cenne jak egzotyczne przyprawy. Żywe okazy dzikich ptaków trafiały do królewskich ogrodów i zwierzętarni, po wyprawieniu „skórek” zaś – do gabinetów osobliwości i dalej do muzeów historii naturalnej. W toku dziejów nastąpiły pewne zmiany. Dziś celem rzadko jest odłowienie, jeszcze rzadziej zabicie ptaka, ale nowy dla siebie gatunek wypada zobaczyć i wpisać na ptasią listę życia. Od dowodów bezpośrednich, pozyskanych przy pomocy muszkietu, wyszukanych pułapek czy wiatrówki ludzkość szczęśliwie odeszła, zadowalając się tym, co uzyskać można przy pomocy lornetki i aparatu fotograficznego.

Żerujący na winorośli prywatnej posesji w Osiecznej pasterz (południowy kuzyn naszego szpaka) wzbudził sporą sensację wśród krajowych ptasiarzy

Żerujący na winorośli prywatnej posesji w Osiecznej pasterz (południowy kuzyn naszego szpaka) wzbudził sporą sensację wśród krajowych ptasiarzy
Fot. Mateusz Lech Matysiak

Liczba osób zafascynowanych ptasim światem wzrasta. Niestety nie zawsze neofici, a nierzadko i starzy wyjadacze, przestrzegają etyki obserwacji, koncentrując się snobistycznie na swoim hobby, nie na jego przedmiocie. W niewinne, zdawałoby się, podglądanie przyrody wkrada się ostra konkurencja i duże pieniądze. Szacuje się, że rynek ptasich obserwatorów wart jest setki milionów dolarów rocznie: to sprzęt optyczny, ubrania, wycieczki w najdalsze zakątki świata organizowane w celu obejrzenia danego okazu. Jest też i jasna strona tych zainteresowań: dzięki obserwacjom amatorów, stanowiących profesjonalne wsparcie dla naukowców ornitologów, wiedza o ptakach jest znacząco wyższa niż o jakiejkolwiek grupie organizmów zamieszkujących naszą planetę. Wcale nie dlatego, że ptaki są najważniejsze w obiegu pierwiastków, świadczeniu usług ekosystemowych czy jakoś wyjątkowo łatwe do badania. Ptaki po prostu wydają się mieć to „coś”.

Co to takiego? Być może jest to pewien imperatyw wewnętrzny związany z wyglądem i zachowaniem, który przyciąga całe rzesze fascynatów. Czarowi ptaków ulegli Arystoteles i Karol Darwin. Założyciele podwalin współczesnej biologii – Ernst Mayr, Niko Tinbergen, Jared Diamond czy Konrad Lorenz – też uwielbiali podglądanie ptaków i czynili to od wczesnych lat młodzieńczych. Są tacy, dla których ptaki były obiektem refleksji filozoficznej, chwilą relaksu w uprawianiu bardziej ważkich zajęć czy obiektem wyrafinowanych badań. Nie ma wszak jak dobre i zróżnicowane towarzystwo. Gdyby jednak zamiast ptakom i wielkim badaczom przyjrzeć się chwilę ptasiarzom, to zapewniam, że różnorodność gatunkowa typów psychologicznych mogłaby okazać się większa niż różnorodność gatunkowa ptaków świata. Mamy zupełnie normalne, można powiedzieć, podwórkowe gatunki aż po te zupełnie egzotyczne. Wyruszających z lornetką w weekend za miasto, jak i tych, których opętała prawdziwa ptakomania – opierzonej faunie poświęcili wszystko. Ci drudzy – choć mniej liczni rzecz jasna – fascynują bardziej; obserwowani, komentowani, czasem podziwiani, niekiedy przeklinani niczym pojawiające się ptasie rzadkości. O nich najczęściej rozmawia się na forach internetowych. Przynajmniej do czasu.

Dokarmianie ptaków – ziarnojadów – w celu ich przywabienia i bliższego zobaczenia staje się coraz popularniejsze nawet w tropikach

Dokarmianie ptaków – ziarnojadów – w celu ich przywabienia i bliższego zobaczenia staje się coraz popularniejsze nawet w tropikach
Fot. Piotr Tryjanowski

Początkowe nieśmiałe podglądanie ptaków, porównywanie widzianych i słyszanych osobników do obrazków w przewodniku terenowym i nagrań na płycie z głosami ptaków, z dnia na dzień przeradza się w pasję. Można nawet nie zauważyć, kiedy staje się obsesją, pewną manią łączenia wszystkiego i wszystkich z ptakami. Doskonale zdiagnozowano to w krajach anglosaskich, gdzie ptasiarstwo to część brytyjskiej identyfikacji kulturowej, z dumą przetransportowanej w dawne kolonie. Kultura ta zadomowiła się również za dawną żelazną kurtyną, gdzie stopień uzależnienia od ptaków skutecznie dogania, zdawałoby się niedościgłe, wzorce brytyjskie. Z całym bagażem zalet, dziwactw, ale i problemów.

Kiedyś usłyszałem od znajomego: nic tak nie boli jak sukces kolegi! Stwierdzenie to uzmysławia, że aspekt rywalizacji objął i tę, jakże niewinną, dziedzinę. Obserwacje ptaków powinny koić i wyciszać strapionych, a nie podsycać napięcie związane z wyścigiem, budząc uczucia zazdrości i zawiści. W ptasiarskim świecie, kto zobaczy, czy jak się mawia w slangu zaliczy, najwięcej gatunków i umieści je na liście obserwowanych, uchodzi za mistrza, reszta to cieniasy. Kategorii ptasich list jest pewnie więcej niż konkurencji w pływaniu olimpijskim. Liczba gatunków widzianych w ogrodzie, w regionie, na terenie Polski, w Zachodniej Palearktyce, na świecie. Gdyby to było za mało, to można się wspomóc ograniczeniami w postaci odpowiednich widełek czasowych. Najbardziej poważana jest lista obserwacji dokonanych w ciągu całego życia (tzw. lifelista, na której każdy nowy gatunek to lifer), w ciągu roku, a nawet w ciągu 24 godzin. To ostatnie to słynny w środowisku Rajd Ptasiarzy. Listy życia najaktywniejszych liczą ponad 9,5 tysiąca gatunków (ponad 95% wszystkich ptaków świata!) – to lata wyrzeczeń, wyjazdów i przygotowań. Niektórzy kolejnym obserwacjom podporządkowują wszystko – kalendarz wakacji i weekendów, życie rodzinne, pracę zawodową, znaczne środki finansowe, a nawet zdrowie. Prawdę mówiąc, czasami nawet życie. Takich wariatów – bo chyba nie można ich inaczej sklasyfikować – jest całkiem sporo. Potrafią się zaciągnąć do wojska po to, by w górach Afganistanu zobaczyć jeden gatunek łuszczaka; pojadą do tak niestabilnych krajów jak Wenezuela, Kuba czy Somalia – właśnie po to, by podglądać ptaki.

Czajka szponiasta ochrzczona „tirówką” – obiekt wielu ptasiarskich wypraw pod Strzelno jesienią 2017 roku

Czajka szponiasta ochrzczona „tirówką” – obiekt wielu ptasiarskich wypraw pod Strzelno jesienią 2017 roku
Fot. Grzegorz Jędro

Ostatnio poprzeczkę podbił Noah Strycker – autor wspaniałej, wydanej także w Polsce, książki Rzecz o ptakach. W ciągu roku przemierzył świat i zobaczył 6042 gatunki ptaków. W jaki sposób tego dokonał, opisał w książce Birding without borders. Część historii mrozi krew w żyłach, ale też fascynuje i skłania do zadania ważnego pytania: Po co to wszystko? Fascynacji ptasiarzy osobą Stryckera nie wytrzymał amerykański profesor ochrony przyrody – Stuart Pimm – i na łamach „Nature” ostro skrytykował takie postępowanie. Zobaczenie dużej liczby gatunków nieodzownie łączy się z koniecznością penetracji tropików i uzyskaniem pomocy najlepszych przewodników – tych, którzy znają miejsca występowania najrzadszych taksonów i mają sieć swoich lokalnych obserwatorów. Wieść o jakości ich usług rozprzestrzenia się dziś w cyfrowym świecie z szybkością światła, a konsekwencją jest to, że wiele osób korzysta z tych samych źródeł informacji. Zamiast uważnie iść z plecakiem i lornetką, wspomagając się przewodnikiem terenowym, przybysze czekają na lokalnego terenowca, który palcem pokaże gatunek. Jeśli zajdzie potrzeba, to posypie ścieżkę ryżem, zawiesi pojnik z wodą i miodem dla kolibrów albo przywabi stosowne gatunki na głos ze smartfona. Dla ptaków to często stres, niepotrzebne przyzwyczajenie do pokarmu podawanego przez człowieka, jednakże widok zadowolonych ptasiarzy oraz sowite napiwki tuszują pewne moralne i estetyczne wątpliwości.

Tropiki jednak nie są dla wszystkich. Pozostańmy więc na krajowym podwórku. Gdy brakuje determinacji, talentu, szczęścia i pieniędzy, wówczas można się wspomóc sztucznymi metodami, czyli zacząć wymyślać, co i gdzie się widziało. Takich „ekspertów” było całe mnóstwo. Działalność kilku doprowadziła nawet do tego, że listę ptaków obserwowanych w Polsce należało poddać rzetelnej lustracji. Zweryfikowano trudniejsze obserwacje, a do wykreślenia zakwalifikowano te, co do których nie było stosownej dokumentacji. Cała procedura nie była prosta, bowiem aby udowodnić oszustwa, musiano posuwać się do prowokacji niczym w najlepszych kryminałach. I broń Boże, faunistyczne oszustwa to wcale nie polska specjalność. Nawet w szacownej Anglii grasowała niegdyś szajka miłośników rzadkich gatunków, która mnożyła stwierdzenia ornitologicznych rarytasów – zupełnie fikcyjnych obserwacji. Wszystko wyszło na jaw dopiero po śmierci kilku z jej członków, gdy odnaleziono wymienianą pomiędzy nimi korespondencję. Obficie traktowała ona o szczegółach owej niegodziwej zmowy „wybitnych eksploratorów”, sprytnie planujących każdy ruch, tak jak gdyby chodziło o napad na bank. Oszustwa w ornitologii zdarzały się od jej początków. Podmieniano dowody w postaci skórek muzealnych, wymyślano nowe gatunki i dokonywano kradzieży wyników, publikując je jako swoje. Wymyślano nawet dzienniki z egzotycznych wypraw. Ktoś zapyta po co? Czy za to są jakieś nagrody? A gdzież tam! Wyłącznie honor (czasem wątpliwy) i sława. W Anglii można zostać bohaterem kolumny w „The Guardian” czy „The Independent”, w Polsce co najwyżej wspomną o takich dokonaniach portale internetowe oraz przekazywany głównie pocztą pantoflową tzw. szacun kolegów z branży. Poważanie to jednak jest iście ulotne, gdyż podejrzliwość wpisuje się w ptasiarską społeczność w stopniu, jakiego chyba nie doświadcza się w innych grupach hobbystów. Dobry krytycyzm jest wprawdzie podstawą zrozumienia świata, jednak nie wtedy, gdy przeradza się w podcinające skrzydła ostre krytykanctwo.

W listopadzie 2013 roku na Mazowszu pojawił się rzadki gość z północy Europy – sowa jarzębata. Ptaka można było obserwować przez całe dnie we wsiach i osadach gospodarskich, gdzie polował i zwracał na siebie uwagę, nie tylko ornitologów

W listopadzie 2013 roku na Mazowszu pojawił się rzadki gość z północy Europy – sowa jarzębata. Ptaka można było obserwować przez całe dnie we wsiach i osadach gospodarskich, gdzie polował i zwracał na siebie uwagę, nie tylko ornitologów
Fot. Grzegorz Jędro

Potencjalna lista ptasiarskich grzechów i zaniedbań okazuje się imponująco długa, mieści bowiem w sobie wiele oszustw finansowych i fałszerstw obserwacji, ambicje bez granic, hejt wylewający się na innych, ograniczenie kulturowe sprowadzające świat do dwóch kategorii – tego, co jest ptakiem i nieistotnego wszystkiego innego. Wymienione socjologiczne okropieństwa nie znajdują usprawiedliwienia, ale nawet w naszych zwariowanych czasach można je potraktować z pewną dozą zrozumienia. Jest jednak jedno tabu, nad którym nie można przejść obojętnie i wyłącznie wzruszyć ramionami. Rzecz dotyczy bowiem właśnie obiektu marzeń i westchnień ptasiarzy, ich dozgonnej miłości – ptaków. Tak! Doszliśmy do tego, że obserwatorzy mogą szkodzić ptakom! Wystarczy, że pojawi się rzadki gatunek, a jeszcze lepiej taki, który można sfotografować, wówczas szaleństwom nie ma końca. Gdy w jakimś miejscu zagubiony osobnik posiedzi chwilę dłużej, zaraz ruszają wycieczki ludzi obładowanych sprzętem fotograficznym i obserwacyjnym. To nic, że niszczy się strukturę łąki, przycina krzewy, łamie trzciny czy zadeptuje zasiewy na polu po to, by mieć tysiące „lepszych ujęć”. Gdy rzecz się dzieje późnym latem, jak parę lat temu z pasterzem różowym (Pastor roseus) czy prawdziwym hitem zeszłorocznej jesieni – czajką szponiastą (Vanellus spinosus) – poza konfliktami z właścicielami ogrodu czy pola zniszczenia siedliska nie wpływają znacząco na ptaki. Z drugiej strony właściciel takiego terenu często nie odróżnia bezmyślności ptasiarzy od bytowania niewinnych ptaków. Później to właśnie one będą przywoływane w pamięci jako magnes ściągający szaleńców. Jeśli jednak taka sytuacja rozgrywa się w sezonie lęgowym, wtedy gdy dorosłe osobniki wysiadują jaja czy karmią pisklęta – żarty się kończą. Ścieżka do gniazda siewkowca to doskonały znak dla lisa i wystawienie pod nos drapieżnika gotowego obiadu. Przesiadywanie przy dziuplach rzadkich dzięciołów, krasek czy żołn – z żądzy dokonania jeszcze wspanialszych ujęć fotograficznych – kończyło się opuszczeniem przez te ptaki tradycyjnych stanowisk lęgowych. Zdarzało się również rzucanie kijami i kamieniami w trzciny, celem wypłoszenia bąka (Botaurus stellaris) tylko dlatego, że samo usłyszenie ptaka to za mało, by umieścić go na lifeliście (można to zrobić jedynie wtedy, gdy gatunek uda się zobaczyć, a nie wyłącznie usłyszeć; nawet jeśli poprawna diagnostyka nie pozostawia cienia wątpliwości). Niestety opisane sytuacje wcale nie należą do rzadkości. Stresowanie ptaków nocnych za pomocą latarek i odtwarzanych głosów to praktycznie przykry standard. Chwytanie i obrączkowanie rzadkości przelatujących przez wybrzeże Bałtyku ma spory walor naukowy – służy ekologii i zoogeografii. Jednak przetrzymywanie tych ptaków w woreczkach po to, by po paru godzinach mogła je zobaczyć grupa ptasiarzy, to zwykłe barbarzyństwo. A co powiedzieć o ludziach puszczających mysz na żyłce połączonej z wędką, aby bliżej zwabić rzadkiego gościa z północy – sowę jarzębatą (Surnia ulula) – wyłącznie dla zebrania pochwał od kolegów z branży i większej liczby lajków na portalach społecznościowych?

Podejrzewam, że w każdej grupie społecznej wybranej na podstawie wykonywanego zawodu czy podzielanej pasji znaleźlibyśmy setki przykładów zachowań patologicznych. Następstwem tychże niegodziwości są zatem pojawiające się refleksje i chęć regulacji aktywności przez wprowadzanie kodeksów dobrych praktyk – z przekąsem nazywanych „środowiskowymi planszami pobożnych życzeń”. Obserwatorzy ptaków, nawet ci najaktywniejsi, zgrupowani w klubie 300 (elitarnej grupie, do której dostać się można po odnotowaniu 300 gatunków na terenie Polski – a nie jest to proste zadanie!), czy fotografowie przyrody, mają swoje kodeksy etyczne. Osoby obrączkujące ptaki dysponują adekwatnym regulaminem oraz posiadają szczegółowe wytyczne. Niestety nie sieje to już trwogi i nie wzbudza szacunku! Celem odzyskania dawnej świetności oraz ogólnej atencji winno to być wsparte środowiskową refleksją, a nawet pewnym ostracyzmem względem osób zachowujących się nie fair. Najgłośniejsze przypadki oszustw czy zniszczeń dokonanych w trakcie fotografowania ptaków doczekały się gorących dyskusji i „honorowych wykluczeń” z towarzystwa. To już jest krok w dobrą stronę.

Głębsza refleksja środowiska zdecydowanie wisi w powietrzu. Ludzie boją się jednak hejtu, ostrzegano mnie przed tym kilkakrotnie. Chłopie wkładasz rękę w gniazdo os! – to jedno z najdelikatniej przekazanych ostrzeżeń. Czyż nie są aktualne w tym wszystkim bardzo ptasie słowa Norwida: Czy ten ptak kala gniazdo, co je kala, Czy ten, co mówić o tem nie pozwala?

Piotr Tryjanowski
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Prof. dr hab., dyrektor Instytutu Zoologii UP w Poznaniu.
Autor licznych prac dotyczących ptaków. Obserwuje ptaki prawie od 40 lat, ludzi nawet nieco dłużej. Niedawno wydał książkę o ptasiarskim światku, pod tytułem „Rozum z ptakami odlatuje”.

Babie lato – efemeryczne widowisko natury czy sprytny sposób na przetrwanie?

Fot. Adriana Bogdanowska

Fot. Adriana Bogdanowska

Tam, gdzie był palec wskazujący proroka, płynie teraz mały pajączek uczepiony babiego lata – pisał w Jesieni sprawiedliwej Zbigniew Herbert. Mimo wielu, delikatnie mówiąc, nieścisłości, jakie poeta zawarł w swoim innym dziele traktującym o stawonogach – Piekle owadów – w tym przypadku akurat nie mija się z prawdą. Owo babie lato – wykorzystywane przez wielu poetów jako symbol nieuchronnie zbliżającej się jesieni i zimy, jako coś, co zmusza do refleksji, do zastanowienia nad przemijaniem i końcem – jest niczym innym jak wytworem niewielkich pająków, służącym im… no właśnie, do czego? Co skłania te niewielkie stworzenia do tego, by karmić nasze oczy tak wspaniałym widowiskiem?


Więcej w drukowanym wydaniu SALAMANDRY...

Michał Michlewicz
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Instytut Zoologii
Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu

Czy do lęgu trzeba dwojga?

Pisklęta skowronka żebrzące o pokarm

Pisklęta skowronka żebrzące o pokarm
Fot. Tomasz Ogrodowczyk

Człowiek, w swoim pragnieniu zrozumienia przyrody, chcąc nie chcąc, dostosowuje ją do własnego pojmowania rzeczywistości. Antropomorfizuje. Był okres, kiedy zwierzęta postrzegano jedynie jako pakiety procesów chemicznych i instynktu. Przydawanie im ludzkich emocji było piętnowane i świadczyło o nieprofesjonalnym podejściu badacza. Na szczęście te czasy mamy już za sobą (czy aby na pewno?), stąd też interpretacja zachowań zwierząt może być dużo swobodniejsza. Poszliśmy nawet o krok dalej w rozumieniu roli Homo sapiens na Ziemi. Jakże trafnie i dosadnie definiuje nas samych tytuł książki René Dubos: „Tyle człowieka, co zwierzęcia”. Coraz lepiej rozumiemy zachowania zwierząt i ich przyczynowość, a co za tym idzie – dopuszczamy myśl o emocjach, mogących kierować ich decyzjami i wpływać na wzorce postępowania w zwierzęcym świecie. Czy w takim razie możemy założyć, że wśród ptaków pojawia się uczucie miłości? Na to pytanie raczej tu nie odpowiemy, ale spójrzmy, jak mocne mogą być ptasie związki partnerskie.


Więcej w drukowanym wydaniu SALAMANDRY...

Romuald Mikusek
rmikusek.pl

Wybór numeru

Aktualny numer: 1/2020

Aktualny numer